Co oglądać w czasach epidemii?

Obecna sytuacja nas nie rozpieszcza. Epidemia w Europie trwa – podobnie narodowa kwarantanna. Wielu z nas zdążyło już zapuścić korzenie patrząc z nadzieją w okno, że ten koszmar odizolowania w końcu się skończy. Kant nazywał ludzi istotami „aspołecznie-towarzyskimi”. Pojęcie to nigdy nie było aż tak jednoznaczne. Mimo faktu, że ludzie z reguły nie lubią wzajemnego kontaktu – przebywania razem, bo są aspołeczni z natury, to paradoksalnie pragną obecności drugiego człowieka. W momentach izolacji zauważmy, w jak dużym stopniu. Dziś nikt już nie mówi o „korona-feriach”, bo obecna sytuacja bardziej przypomina areszt domowy, niż czas beztroski i wypoczynku. Światowa gospodarka zmierza do nieuniknionej zapaści. Ludzie są weryfikowani na każdym kroku, panuje powszechna nieufność, „człowiek człowiekowi wilkiem”. Zamknięto Lasy Państwowe. Dzięki Bogu nadal działa Internet, którego zasoby pozwalają choć na chwilę zapomnieć o tej dojmującej sytuacji na świecie. Artur Schopenhauer pisał, że „człowiek przeniósł wszystkie cierpienia i męki do piekła, dla nieba nie pozostało już nic poza nudą”. Tą nieznośną nudę, w której pogrążonych jest obecnie wielu z nas, według filozofa uśmierzyć może jedynie kontemplacja dzieł sztuki (na potrzeby tekstu pominę drugie wymienione przez niego panaceum – obserwację cierpienia innych). Dlatego też w niniejszym tekście, wymienię kilka propozycji filmowych – głównie „kinowych nowości”, które można zobaczyć już teraz w domowym zaciszu. Zapraszam!

PEWNEGO RAZU W… HOLLYWOOD (HBO GO)

Dziewiąty film Quentina Tarantino, który już na etapie preprodukcji wzbudzał spore kontrowersje. Historia miała się ogniskować wokół tragedii w domu Romana Polańskiego. Zwłoki Sharon Tate i Jaya Sebringa spoczywały w bawialni – były przewiązane wokół szyi grubym sznurem, który przerzucono niedbale przez belkę u sufitu. Ciała Abigail Folger oraz Wojciecha Frykowskiego były ułożone na trawniku przed posiadłością. Policja jednak, w pierwszej kolejności trafiła na piątą ofiarę masakry – Stevena Parenta – młodego mężczyzny, zastrzelonego w samochodzie na podjeździe. Wszystkie ofiary – poza nim, zmarły w skutek odniesienia licznych ran kłutych. Tate, która była w 9 mięsiącu ciąży, została ugodzona 16 razy, a „pięć spośród ran było ranami śmiertelnymi”. Noc z 8 na 9 sierpnia 1969 roku odmieniła oblicze Hollywood. Masakra w domu Polańskich stała się symbolem końca pewnej epoki – fabryka snów już nigdy nie była taka sama. Niegdyś otwarte domostwa i powszechna ufność wobec ludzi zostały wyparte przez psychozę i wszechogarniający strach.

„Pewnego razu w… Hollywood” wyróżnia się wyjątkowo powolną narracją. Twórcy się nie spieszą, opowiadana historia jest wyłącznie pretekstem do pokazania świata, który bezpowrotnie przeminął. Jest to jednak broń obosieczna. Nadmierna fetyszyzacja formy powoduje, że w pewnych momentach najnowsze dzieło Tarantino staje się ciężkostrawne, z każdą minutą coraz bardziej nużąc widza. Trudno jednak odmówić dziewiątej produkcji artysty kunsztu i drobiazgowej konstrukcji całości. W prawdziwy zachwyt wprowadzają zdjęcia autorstwa Roberta Richardsona. Uwaga reżysera zdjęć często zwrócona jest na detalach, z których bardzo umiejętnie buduje sekwencje i opiera nań całą opowieść. Stonowane kolory, utrzymanie filmu w triadzie kolorystycznej oraz poszatkowanie struktury scenami odtwarzającymi styl kina i telewizji z przełomu lat 60. i 70. XX wieku powoduje, że ten postmodernistyczny twór (pomimo wspomnianej wcześniej, wszechogarniającej nudy) ogląda się nad wyraz przyjemnie.

Bardzo dobrze wypadają także kreacje aktorskie – szczególnie błyszczy znakomity Leonardo DiCaprio. Wykreowany przez niego Rick Dalton jest, obok Arnie’go Grape’a, zdecydowanie jego najlepszą rolą w karierze. Wcielenie się w zapomnianego aktora, powoli dogasającą gwiazdę Hollywood – stwarza przed artystą tej klasy niewyobrażalne dla innych możliwości. Jest swego rodzaju meta-rolą, w której to DiCaprio gra zarówno Daltona, ale również postaci w które protagonista wciela się podczas przedstawionej w filmie historii. Mimo, iż nie jest to najlepsze dzieło w dorobku reżysera, to najnowszego Tarantino po prostu wstyd nie znać.

PAN T. (vod.pl / player.pl)

„Ściany spękane, rdzewieją ze złocenia. Zdefektowane, mrugające oświetlenie. Nowoczesność umierająca na zawał. Niebiesko-czerwony półmrok pełen występnych twarzy. Każda gęba to grzech śmiertelny. Każdy pysk to świętokradztwo. Dudnienie w murach, łomot w głowie, wycie na poddaszach. Głos gniewu bożego” (Tadeusz Konwicki, Mała apokalipsa). XXI wiek przyniósł człowiekowi galopujący rozwój technologiczny, odzierając go jednak z wiedzy i wrażliwości na piękno. Wyrafinowanie ustępuje masie, która „równa w dół”, a twórczość Krzysztofa Pendereckiego zostaje wyparta przez disco-polowe piosenki Zenka Martyniuka. To, co wartościowe traci swój pierwotny blask, gasnąc pochłonięte w morzu pseudokulturalnych tworów i trendów. Intelektualiści przestali wyznaczać standardy, które teraz stały się domeną infantylnych mediów społecznościowych, w których filozofia Arystotelesa czy Platona ustępuje emotikonom. W tym ponurym obrazie rzeczywistości znajduje się tytułowy Pan T., który w spauperyzowanym świecie pokazuje innym, że mogą być piękni i czym to piękno powinno być.

Początek lat 50. W powojennej Polsce nowy porządek rośnie w siłę. Donosy, kontrola i wynikająca zeń niepewność stają się dla ludzi codziennością. „Wielki Brat patrzy”! Nikt nie może czuć się bezpiecznie – szczególnie artyści, którzy są symbolem wolności, niepokorności i wiary w lepsze jutro. Traktuje się ich, jak wywrotowców, potencjalnych rewolucjonistów, którzy chcą zmienić otaczającą rzeczywistość, wysadzić „Pałac Kultury”, sprzeniewierzyć chłopsko-robotnicze dziedzictwo. Jedynym ukojeniem dla twórców staje się płynąca szerokim strumieniem wódka. Siła najnowszego filmu Marcina Krzyształowicza drzemie w tym, że udało się w nim zawrzeć tzw. „signum temporis” – znak czasu. Twórcy odzierają widza ze złudzeń, prezentując mu, ukryty pod płaszczykiem przypowieści dziejącej się w PRL-owskim świecie, obraz współczesnego świata.

Bo mimo historycznego rdzenia, cała opowieść dobrze przekłada się na współczesność i trawiące ją problemy. Kultura pozostała w tyle, świat usieciowiony o niej zapomniał. W Internecie każdy jest ekspertem, osobą obeznaną we wszystkim. Anonimowość spowodowała śmierć ekspertów, wszyscy budzą taki sam autorytet, informacje przestały być wiarygodne. Większość decyduje o tym, co jest dobre, a co złe, co powinno być emitowane w telewizji i wreszcie, co stanowi  prawdziwą wartość. Ludzie, którzy mają coś do powiedzenia milczą. Tłuszcza krzyczy. „-Czy Wielki Brat istnieje? – Oczywiście, że istnieje. Partia istnieje, a Wielki Brat to ucieleśnienie Partii. – Czy istnieje w ten sam sposób co ja? – Ty nie istniejesz” (George Orwell, Rok 1984). Pan T.” to dzieło niezwykłe, które pod niepozorną komedią obyczajową skrywa znacznie bardziej interesującą nadbudowę filozoficzną. Film ten jest przestrogą, byśmy nie zachłysnęli się nowoczesnym światem i nie zapomnieli o tym, co naprawdę istotne. Pokazuje również, że podobnie jak w PRLu, również dzisiaj, kultury nie budują prawdziwi artyści, a grupy wpływów, którym na rękę jest to, by ludzie wobec sztuki nie mieli smaku. Współczesny wieszcz śpiewa: „jeden uśmiech twój wystarczy i moje serce gubi rytm. O twą miłość będę walczył, o miłość walczyć to nie wstyd”. Evviva l’arte!

TOY STORY 4 (HBO GO)

„Jednego dnia strzeżesz całej galaktyki, a następnego dnia, siedzisz i żłopiesz sobie herbatkę, czy tego chcesz, czy nie z Marią Antoniną i jej siostrzyczką” (Toy Story). Historie Pixara od zawsze bazowały na uniwersalności – na tym, że pod pozorem błahej historyki – kryje się głęboka opowieść, z której wnioski czerpać może również starsza część widowni. Zabawki, emocje, samochody, insekty, ryby są symbolami – swoistymi archetypami, które odzwierciedlają nas samych ukazując nasze przywary w krzywym zwierciadle. Problemy przedstawiane w tych filmach od zawsze były nam bliskie, dlatego też niejednokrotnie wywoływały wzruszenie zapadając głęboko w pamięci. „Toy Story 4” opowiada o starości, przemijaniu. Pokazuje, jak poradzić sobie w momencie, gdy zdamy sobie sprawę, że nasz czas się kończy, a dawna świetność już nie powróci. Pewne młodzieńcze decyzje są nieodwracalne, a ze świadomością błędów trzeba żyć do końca. 

W najnowszej części twórcy skupili się na postaci Chudego, który zmaga się z „kryzysem wieku średniego”. Kiedy bohater zauważa, że staje się niepotrzebny, za wszelką cenę stara się odmienić stan rzeczy i niezaprzeczalnie udowodnić swoją wartość. Seria, jak nigdy dotąd, uderza w poważniejsze tony – skupiając się na pożegnaniach, które są nieuchronne i stanowią nieodłączny element życia. Nie jest to jednak dzieło, które swą powagą zdołuje długoletnich fanów cyklu. Jak przystało na studio Pixar, „Toy Story 4” umiejętnie łączy moralizatorskie i prawdziwie poruszające  elementy z solidną dawką humoru.

Od strony technicznej, najnowsze dzieło Josha Cooleya wspięło się na wyżyny tego, co w obecnym momencie może zaoferować kino animowane. Dynamiczne oświetlenie, doskonała animacja, szczegółowe rendery, efekty cząsteczkowe –  to tylko kilka elementów spośród wielu, które świadczą o jakości tej produkcji. By zobaczyć, jak długą drogę przeszło studio – warto spojrzeć na „Toy Story 4” w kontekście części pierwszej z 1995 roku. Równie dobrze prezentuje się ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Randy’ego Newmana. Kompozycje nie tylko silnie bazują i odwołują się do oryginalnego soundtracku, ale przede wszystkim sprawnie reinterpretują materiał źródłowy tworząc zeń nową wartość. 

AVENGERS: KONIEC GRY (HBO GO)

Stało się! Budowane przez lata uniwersum Marvela dobiega końca. Przynajmniej w takiej formie, do której zdążyliśmy się przyzwyczaić. Swoistym zwieńczeniem „Sagi Nieskończoności” jest długooczekiwana czwarta część Avengersów. „Koniec gry” jest bezpośrednią kontynuacją wydarzeń, jakie miały miejsce w „Wojnie bez granic”. Po pstryknięciu Thanosa połowa istot żywych we wszechświecie przestała istnieć. Mściciele ponieśli sromotną klęskę. Bohaterowie postanawiają jednak odmienić tragiczne wydarzenia i przywrócić życie tym, którzy zostali wymazani. Duet reżyserski – Anthony i Joe Russo igrają z oczekiwaniami widza. Już na samym początku produkcji nakreślają przed odbiorcą odtwórczy i niezaskakujący schemat rozwoju wydarzeń, by po chwili odwrócić całą główną oś fabularną do góry nogami. Mimo absurdalnej długości (film trwa ponad trzy godziny) nowi „Avengersi” nie nudzą, a wręcz przeciwnie, wbijają w fotel od samego początku, aż do końca opowieści.

Najnowszy film braci Russo zachwyca, jeśli chodzi o aspekty audio-wizualne. Zdjęcia autorstwa Trenta Opalocha w umiejętny sposób podkreślają wzniosłość i epickość wydarzeń, jakie mają miejsce na ekranie. Jest to szczególnie widoczne w finałowym trzecim akcie, który pokazuje starcie o skali, jakiej do tej pory w kinie nie było. Mimo konfliktu o gargantuicznych rozmiarach – twórcom udało się zachować czytelność poszczególnych scen. Cały czas wiemy, kto jest kim i jaką rolę odgrywa. Każdy z bohaterów otrzymuje w odpowiednim momencie swoje „pięć minut” – a niektóre występy będziemy pamiętać na długo po seansie. Dramaturgię nieustannie podkreśla znakomita muzyka, skomponowana przez Alana Silvestri’ego, która nawiązuje do pierwszej części „Avengers” (również jego autorstwa). Dobrze prezentują się: montaż, scenografia, kostiumy i dźwięk. To one dopełniają całości jednego z najbardziej epickich widowisk w historii kinematografii. 

„Avengers: Koniec gry” to film niezwykły, który wyznacza nowe standardy w subgatunku kina super-bohaterskiego. Będzie to prawdziwa uczta dla każdego miłośnika serii. Mimo, że jest to znakomita produkcja, „Koniec gry” nie jest dla każdego. Szczególnie odradzam  go osobom, które Iron Mana kojarzą jedynie z utworem Ozziego Osbourna. Wszystkim innym polecam – to będzie niezwykły seans!

SALA SAMOBÓJCÓW. HEJTER (player.pl)

Wraz z galopującym rozwojem cywilizacyjnym, ludzie stają się coraz bardziej niewrażliwi na drugiego człowieka. Egoizm, hedonizm, nadmiar bodźców zewnętrznych stanowią główne źródło zblazowania. Zapominamy o krzywdzie innych; pozostawiamy ich na pastwę losu. Odrzuceni zatracają się w cierpieniu i samotności, zanurzając się często w odmętach szaleństwa, bezsilności. Bywa jednak i tak, że biorą oni sprawy w swoje ręce – stają się Panami losu nie tylko swojego, ale również innych ludzi. Krzywdzą, bo oni też kiedyś zostali skrzywdzeni. 6 marca 2020 roku na ekranach kin debiutuje „Hejter” – kontynuacja głośnej „Sali samobójców” Jana Komasy. 

Kiedy wyszedłem z kina, produkcja wydawała mi się połączeniem motywów, jakie widziałem na ekranie przy okazji premier: „Jokera” Todda Phillipsa i „Parasite” Joon-ho Bonga. Na pierwszy rzut oka, film jest konglomeratem wzorców, które były reinterpretowane przez wspomniane utwory. Najnowszy obraz Komasy nie jest jednak prostym przetworzeniem tych spostrzeżeń, a znacznie głębszą i przerażającą analizą ludzkiej psychiki. Reżyser beznamiętnie przygląda się człowiekowi, któremu w pewnym momencie świat wali się na głowę. Ów nieszczęśnik jednak się nie załamuje, a zamiast tego próbuje zaadaptować się do nowej sytuacji. 

Odnosi sukces – zdobywa to, czego pragnął. Pytanie tylko, czy cena jaką poniósł nie była nazbyt wysoka? Stopniowe zespolenie się z głównym bohaterem – Tomkiem Giemzą (zagranym brawurowo przez Macieja Musiałowskiego) jest zdecydowanie najbardziej satysfakcjonującym elementem seansu. Jesteśmy świadkami rodzącego się psychopaty, który do końca nie wydaje się nam stracony. To przecież ten skrzywdzony chłopak – opuszczony przez wszystkich młodzieniec, który pragnął jedynie zrozumienia, akceptacji i miłości. To społeczeństwo stworzyło hejtera, który w każdym widzi jedynie „bydło”. Pogardzany wreszcie sam zaczął gardzić innymi. 

Swoją siłę „Hejter” czerpie ze znakomitej warstwy audio-wizualnej. Zachwycają zdjęcia autorstwa Radosława Ładczuka. Obraz jest przestylizowany – w pewnych momentach wydaje się, że poszczególne sekwencje czy sceny pojawiają się tylko po to, by reżyser zdjęć mógł się popisać. Faktycznie, ma on umiejętności i talent, których zazdrość może mu wielu twórców. „Hejter” jest filmem kontrastów. Szare, wypłukane z kolorów fragmenty zestawiane są z neonową orgią bodźców i barw. Ładczukowi udaje się zachować balans, niezbędny złoty środek – pomiędzy tymi, skrajnie różnymi przestrzeniami świata przedstawionego. W całość dobrze wpisuje się również ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Michała Jacaszka. Łączenie elektronicznych ambientów z muzyką z klasyczną jeszcze bardziej zanurza widza w tym immersyjnym widowisku. 

Dla Jana Komasy „Sala samobójców” z 2011 była filmem przełomowym – „trampoliną”, dzięki której reżyser dostał się na sam szczyt. Mimo pozytywnych aspektów, było to jednak dzieło naiwne, który w wielu momentach, nie tylko był mało wiarygodne, ale stanowiło swoją parodię. „Hejter” jest produkcją zdecydowanie innej klasy. To arcydzieło, które stanowi przestrogę przed tym, co faktycznie nam zagraża. W czasach pandemii, coraz cześciej zapominamy o najbardziej zjadliwej zarazie – nienawiści. „Im dalej społeczeństwo dryfuje od prawdy, tym bardziej nienawidzi tych, którzy ją głoszą. Prawda jest nową mową nienawiści. Mówienie prawdy w epoce zakłamania jest czynem rewolucyjnym” (George Orwell). 

Bartosz Dominik 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s