Co oglądać w czasach epidemii? – część 4

“Wolność jest nieefektywna i przykra. Wolność to okrągły kołek w kwadratowej dziurze” (Aldous Huxley, Nowy wspaniały świat). Z izolacji totalnej powoli zaczynamy wracać do codzienności sprzed epidemii. Mimo ciągłego wzrostu zachorowań, kolejne etapy „odmrażania gospodarki” zostają sukcesywnie wcielane w życie. Mimo to, wielu z nas, nadal ogranicza wychodzenie z domu. Jak więc nie zwariować siedząc zamkniętym w czterech ścianach i walcząc z wrogiem, którego nie widać? Sposobów jest wiele. Czwartego maja 2020 roku, w ramach postępującego „odmrażania” – odwilży w zasadzie, klienci ustawili się tłumnie przed ponownie otwartą Ikeą w Katowicach. Składanie mebli zajmuje sporo czasu i pozwala zapomnieć o otaczającej nas rzeczywistości. Są jednak zdecydowanie mniej inwazyjne metody na walkę z nudą – takie jak na przykład nadrabianie filmowych zaległości. W ostatnim czasie, polskie serwisy VOD znacznie powiększyły swoją ofertę. Dlatego też postanowiłem czwarty raz polecić Państwu pięć kinowych produkcji, które można już dzisiaj spokojnie obejrzeć w domowym zaciszu. 

SHAZAM! (HBO GO)

Wyreżyserowany przez Davida F. Sandberga „Shazam!”, na pierwszy rzut oka, nie wybija się na tle konkurencji niczym niezwykłym. Ot jest to kolejne, do bólu przewidywalne origin story, z dobrze znanym schematem fabularnym oraz jednowymiarowymi postaciami. Szybko okazuje się jednak, że „Shazam!” ma kilka asów w rękawie, sprawnie bawiąc się oczekiwaniami widza i łamiąc konwencję gatunku. Produkcji dużo bliżej do klasycznego kina przygodowego i familijnego („Kevin sam w domu”, „Goonies”, „Pogromcy duchów”), niż dobrze znanego dzisiaj subgatunku z peleryniarzami. 

W całokształcie widać rękę reżysera, który wcześniej pracował, przede wszystkim, przy filmach grozy. Niektóre sceny wydają się być wręcz żywcem przeniesione z jego poprzednich produkcji – dlatego też dla najmłodszych widzów, „Shazam!” może okazać się nieodpowiedni. Nieco starsi odbiorcy z pewnością docenią decyzję oddania reżyserowi sporo wolności kreatywnej, co powoduje, że obraz zyskuje niepowtarzalnego klimatu i poloru. 

Produkcja, podobnie jak wcześniejsze realizacje z pod znaku DC, odznacza się wysokim poziomem wykonania, jeśli chodzi o aspekty techniczne. Na pierwszy plan wysuwają się znakomite zdjęcia autorstwa Maxime’a Alexandre’a. Dopracowane w najmniejszym calu, niezwykle kreatywne ujęcia skutecznie maskują stosunkowo niewielki budżet, oscylujący w granicach 100 milionów dolarów. Shazamowi daleko rozmachem, do jakiego przywykliśmy  w filmach MCU, jednak to właśnie ta kameralność stanowi jedną z największych zalet produkcji. Autorzy zdając sobie sprawę z ograniczeń finansowych, położyli nacisk na zupełnie inne elementy – tworząc kino super-bohaterskie, o niespotykanym dotąd kształcie i charakterze. Doskonały montaż, dźwięk oraz drobiazgowo zaplanowana ścieżka dźwiękowa Benjamina Wallfischa dopełniają dzieła – tworząc „nową jakość” w tym już mocno przebrzmiałym i odtwórczym segmencie filmowej rozrywki. 

PARASITE (player.pl – 15 zł za 48 godzin)

Pasożyt (ang. parasite) – organizm, żyjący wewnątrz innego bytu, dla którego ów stanowi źródło pożywienia. Stanisław Lem pisał, że „cały świat zwierzęcy jest pasożytem roślinnego”. Co jednak wtedy, gdy tę zależność przeniesiemy na grunt stricte ludzki. Przez lata grupy społeczne oskarżały się wzajemnie (de facto nadal się oskarżają) o żerowanie na pracy czy zasobach innego. Zazwyczaj oskarżycielami są klasy biedniejsze – które swoją niechęć koncentrują na bogatszych – upatrując w nich przyczynę swojej nędzy i rozpaczy. Koreański reżyser Joon-ho Bong, w swoim najnowszym dziele, idzie o krok dalej, kreśląc przed widzem problem proporcjonalnie odwrotny, w którym to ubodzy bez skrupułów żerują i wykorzystują naiwność majętnej rodziny.

Dzieło opowiada historię, wychowanego w skrajnej biedzie, młodego mężczyzny – Ki-woo, który dostaje posadę korepetytora córki zamożnego małżeństwa. Dość szybko wykorzystuje nadarzającą się okazję załatwiając ciepłe posadki dla pozostałych członków swojej rodziny. Widz obserwuje natychmiastową zmianę status quo bohaterów, którzy z przymierających głodem bezdomnych, z dnia na dzień stają się „królami życia”. Królami żyjącymi w cieniu swoich nowych panów, którzy w zasadzie mają ich za nic. Struktura opowieści mocno przypomina tę, do jakiej zdążył przyzwyczaić nas swoimi filmami Quentin Tarantino. Joon-ho Bong nie kryje swoich inspiracji – on wręcz bezwstydnie obnosi się tym, skąd czerpie. Jest to jednak film, który mimo dużego stopnia odtwórczości, wymyka się określonym normom i kwalifikacjom gatunkowym. Joon-ho Bong umiejętnie przechodzi od wątków komediowych, do dramatu czy wręcz kina grozy. Wspomniane fazy wprowadzane są organicznie, będąc naturalną konsekwencją poszczególnych zdarzeń, dzięki czemu widz pozostaje w immersyjnym zanurzeniu. Jego odbiór pozostaje niezmącony, mimo obcowania na pozór z postmodernistycznym zlepkiem niepowiązanych ze sobą konceptów. 

Na pozytywny odbiór utworu wpływa również zrealizowana po mistrzowsku warstwa audio-wizualna. Głęboko przemyślane, nowatorskie zdjęcia Kyung-Pyo Honga nadają produkcji odpowiedniego klimatu, łącząc ze sobą różniące się gatunkowo części. Autor zdjęć nie boi się eksperymentować – używając w kluczowych scenach nagrywania w wysokim klatkarzu. Powstałe w wyniku drastycznego spowolnienia artefakty (charakterystyczne miganie źródeł światła sztucznego) nie stanowią jednak wady czy błędu, a wartość dodaną, która przydaje całości swoistego poloru. Równie dobrze wypada ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Jaeil Junga, która, podobnie jak wizualia, skutecznie niuansuje elementy komediowe, w odpowiednich momentach potęgując napięcie czy grozę. 

VALERIAN I MIASTO TYSIĄCA PLANET (Netflix)

Jedna z pierwszych, bardziej przychylnych, amerykańskich recenzji, jaka ukazała się po pokazie prasowym filmu „2001: Odyseja Kosmiczna” nazwała najnowszą produkcję Stanleya Kubricka „chwalebną porażką”. Nowojorscy krytycy nie pozostawili, po jednym z najwybitniejszych obrazów w historii kinematografii, „suchej nitki”. „Valerian i Miasto Tysiąca Planet” Luca Bessona jest pod tym względem do „Odysei” bardzo podobny. Jest to film, który także mocno rozminął się z oczekiwaniami i, który w mojej opinii, będzie z czasem zyskiwał w oczach widzów. 

Dzieło jest adaptacją kultowego komiksu, traktującego o losach kosmicznych tajnych agentów Valeriana i Laureliny. W kinowej wizji Bessona wspomniani bohaterowie zostają wysłani z misją przeprowadzenia śledztwa w miedzygalaktycznej stacji Alfa, zwanej „Miastem Tysiąca Planet”. Produkcja reklamowana była, jako najdroższy film w historii europejskiego przemysłu filmowego i faktycznie widać nakład finansowy, jaki włożono, by dopiąć to kosmiczne widowisko „na ostatni guzik”. Analogia z dziełem Kubricka nie jest przypadkowa. „Valerian”, podobnie jak niegdyś „Odyseja Kosmiczna” zachwyca swoim rozmachem, projektem scenerii i kostiumów, pięknem efektów specjalnych etc. Doskonałe zdjęcia Thierry’ego Arbogasta wzbogacone muzyką wybitnego kompozytora, laureata Oscara Alexandre’a Desplata powodują, że „Valerian” nie jest filmem, a raczej etsetycznym doznaniem, wyrazistym aktem formalistycznym, który można chłonąć w całkowitym oderwaniu od fabuły.

Fabuły poszatkowanej i niespójnej, która jest największym problemem filmu Bessona. Jest to jedyna, wada produkcji. Poza tym wszytko odznacza się wysokim poziomem wykonania. Również obsada aktorska. Wbrew obiegowej opinii uważam, że zaangażowanie zdolnego Dane’a DeHaana oraz pięknej Cary Delevingne było doskonałym pomysłem. Aktorzy dobrze radzą sobie z tym, co przygotował dla nich scenarzysta i w niektórych sytuacjach, dzięki odpowiedniej dozie dystansu w swojej grze, potrafią przekuć w sukces te fragmenty skryptu, które przez swoją drętwość i nienaturalność od początku były skazane na porażkę i niepowodzenie.

SPIDER-MAN: DALEKO OD DOMU (HBO GO)

Miliony pokochały Spider-mana głównie z uwagi na silnie zarysowany czynnik ludzki, jego ciągłą próbę godzenia życia herosa, z losami nastolatka, który na codzień mierzy się z bardzo prozaicznymi problemami. To ten element powoduje, że widz utożsamia się z postacią, co prowadzi do wywiązania się więzi o uczuciowo-emotywnym charakterze. Mimo faktu, że jest to element kluczowy dla sportretowania Człowieka-pająka, to na przestrzeni lat wielu twórców miało problem z odpowiednim ukazaniem Parkera. Swego rodzaju kulminacją braku zrozumienia postaci była dylogia „Niesamowitego Spider-mana” Marca Webba. Na szczęście – w najnowszej historii MCU wszystko jest na odpowiednim miejscu, a wcielający się w postać tytułową Tom Holland jest stworzony do tej roli. 

Doszliśmy do momentu, w którym ludzie są w stanie uwierzyć w coraz wymyślniejsze i mało wiarygodne historie, a jedynymi autorytetami – w przypadku uniwersum Marvela – są superbohaterowie. Kim byłby Tony Stark, gdyby nie Iron Man? Ludzie chcą w kogoś wierzyć – a nadzieja często przysłania im zdrowy rozsądek. I zaskakujące jest to, że tak fundamentalne pytania, trapiące również współczesne kino, zadaje przedstawiciel wysokobudżetowych blockbusterów. Obecnie, mało kto ogląda kino ambitne, niszowe – jeśli chcesz być usłyszany wśród krzyku setek innych – musisz tworzyć popularne treści, które ludzie będą chcieli zobaczyć. Dochodzimy do momentu, w którym rzeczy najbardziej istotne poruszane są przez popcornniaki.

BÓL I BLASK (player.pl – 18 zł za 48 godzin)

Podwójny zdobywca Oscara za scenariusz oryginalny do filmu „Porozmawiaj z nią” oraz za najlepsze dzieło nieanglojęzyczne pt.: „Wszystko o mojej matce” – systematycznie raczy widownię swoimi nowymi produkcjami. Jest to twórca, który przeważnie nie zawodzi, tworząc filmy wyraziste, kontrowersyjne – szyte na miarę oczekiwań uwielbiającej go publiki. Często odwołuje się tematyki homoseksualnej – zmykając ją w melodramatycznej narracji, która przesiąknięta jest specyficznym czarnym humorem. Jego najnowsze dzieło jest jednak utworem zdecydowanie bardziej intymnym – obrazem, który znacznie mocniej odwołuje się do postaci autora oraz jego wrażliwości. „Ból i blask” pozwala spojrzeć na dotychczasową twórczość artysty z zupełnie innej, pełniejszej perspektywy.

Najnowsze dzieło reżysera stanowi jego filmowy autoportret. Almodóvar zdaje się bardzo silnie utożsamiać z główną postacią – Salvadorem Mallo (w tej roli znakomity Antonio Banderas) – kultowym hiszpańskim reżyserem filmowym, który gardząc sławą alienuje się od mediów i dużą wagę przykłada do swojej prywatności. Bohater rozpamiętuje na nowo najważniejsze, najbardziej emocjonalne momenty swojego życia. Produkcja odznacza się wyjątkowo powolną narracją – reżyser nie śpieszy się, drobiazgowo i skrupulatnie pokazując kolejne sceny. Mozolnie wznosi pomnik, który z każdą minutą coraz bardziej zachwyca swoją formą i wzniosłością. 

Byłbym niesprawiedliwy, definiując „Ból i blask” jako obraz „nudny” czy „nużący”. Paradoksalnie jest to film, w którym praktycznie nic się nie dzieje, ale podczas dwugodzinnego seansu nie można oderwać wzroku od przedstawionej opowieści. Utwór zachwyca przede wszystkim konstrukcją świata przedstawionego i skrupulatnością, z jaką twórcy podeszli do jego budowy. Protagonista otacza się dziełami kultury – żyje w świecie sztuki. Decyzja ta powoduje, że „Ból i blask” staje się obrazem na wskroś plastycznym. To ujęcia determinują tę produkcję – ruchome obrazy nadają jej odpowiedniej poetyki. Salvador kolekcjonuje albumy znanych malarzy, fotografów i designerów. Wprawne oko widza zauważy, że jego mieszkanie wypełnione jest pracami tych artystów. 

„Ból i blask” to zdecydowanie jeden z najlepszych filmów 2019 roku i pozycja, wobec której nikt nie powinien przechodzić obojętnie. Jest to produkcja specyficzna, które z pewnością nie zachwyci każdego. Jeśli jednak uda się Wam wejść w przeżycie estetyczne z najnowszym utworem Almodóvara – gwarantuję, że zapamiętacie seans na bardzo długo!

Bartosz Dominik

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s