Co oglądać w czasach epidemii? – część 2

„Ściany spękane, rdzewieją ze złocenia. Zdefektowane, mrugające oświetlenie. Nowoczesność umierająca na zawał. Niebiesko-czerwony półmrok pełen występnych twarzy. Każda gęba to grzech śmiertelny. Każdy pysk to świętokradztwo. Dudnienie w murach, łomot w głowie, wycie na poddaszach. Głos gniewu bożego” (Tadeusz Konwicki, Mała apokalipsa). Epidemia koronawirusa trwa nadal, a Polacy już od miesiąca są zamknięci w swoich domach. Co najgorsze, na horyzoncie nadal nie widać momentu, w którym ten trudny okres miałby się zakończyć. Dla wielu wyjątkowo uciążliwym symptomem kwarantanny jest nuda, o której Artur Schopenhauer mówił, że jest najbardziej nieznośną formą cierpienia. By się przed nią skutecznie ustrzec, postanowiłem przygotować kolejnych pięć propozycji filmowych, które mogą zdać się idealnym panaceum oraz pretekstem, by oderwać się od przykrej i ponurej codzienności. 

 W LESIE DZIŚ NIE ZAŚNIE NIKT (Netflix)

„Lękam się ciemności, odkąd tylko pamiętam, zwłaszcza gdy wyobrażę sobie, że coś nagle wyskoczy z cienia i śmiertelnie mnie wystraszy. Dlatego też horrory tak bardzo mnie przerażają. Ostatni obejrzałam, mając 15 lat, nie pamiętam już tytułu, ale spałam potem z moją mamą przez dwa tygodnie. Większość filmów grozy to straszny kicz, nie ma żadnego napięcia, sztuczna krew leje się strumieniami i wszędzie leżą jakieś bebechy” (Megan Fox). ”W lesie dziś nie zaśnie nikt”   wydaje się idealnie przetwarzać i reinterpretować ten zarzut, czyniąc z wady sporą zaletę. Produkcja strukturalnie powiela większość slasherowych klisz. Twórcy chwalą się zapożyczeniami – w pewnych momentach wręcz śmiejąc się z odtwórczości, przewidywalności i swoistej kiczowatości, jaką niosą za sobą te produkcje. Jeden z bohaterów podczas seansu wylicza główne zasady slashera – co robić, żeby nie dać się zabić. Paradoksalnie, wszystkie jego obawy znajdują swoje potwierdzenie w opowieści, którą kreślą przed nami twórcy. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” nie zaskakuje. Nie jest to jednak wada obrazu, a jego zaleta. Bo nie liczy się to, co najnowsza produkcja Bartosza Kowalskiego opowiada, ale w jaki sposób to robi. 

Polski film grozy zdecydowanie wyróżnia się na tle zachodniej konkrecji – przede wszystkim, jeśli chodzi o absurdalny humor. Gdybym miał do czegoś porównywać dzieło Bartka Kowalskiego, to bez wątpienia byłaby to trylogia „Martwego Zła” Sama Raimiego, ponieważ w rzeczywistości  jest to brutalna czarna komedia, w której mroczna opowieść jest tylko pretekstem do pastiszu i wyśmiania często absurdalnej struktury horrorów z przełomu lat 80. i 90. XX wieku. To prawdziwy festiwal niedorzeczności – dzieło, które w wyrafinowany sposób podsumowuje długoletni dorobek gatunku. Mimo lekkiej formy dzieło ostatecznie może być rozpatrywane jako kompetentny horror i, co zaskakujące, w porównaniu z innymi dziełami tego typu, prezentuje się jako utwór wyjątkowo atrakcyjny. 

Najnowsza produkcja Kowalskiego dobrze prezentuje się, jeśli spojrzymy na nią przez pryzmat występów aktorskich. Przede wszystkim na ekranie błyszczą: znakomity Wojciech Mecwaldowski wcielający się w kierownika obozu oraz Piotr Cyrwus w roli Księdza. Mimo faktu, że są to epizody, aktorom udało się stworzyć niezwykle barwne i dość przerysowane postaci. Panowie dobrze zdają sobie sprawę w jakim filmie grają i, dzięki temu, ich role zagrane są brawurowo i z polotem. Obawiałem się, ze Julia Wieniawa nie sprosta zadaniu wcielania się w postać głównej bohaterki produkcji. Na jej barkach spoczywała spora odpowiedzialność. Wieniawa mnie zaskoczyła. Okazuje się, że jest to aktorka plastyczna, która potrafi bardzo płynnie przejść przez wiele stanów emocjonalnych. „W lesie dziś nie zaśnie nikt” to pozycja obowiązkowa dla każdego miłośnika horroru – film, który nie ma się czego wstydzić w porównaniu z amerykańskimi produkcjami. Wręcz przeciwnie – jest to dzieło, które pod pewnymi względami bije na głowę odtwórcze filmy kręcone masowo przez Hollywood. Jest to także dobra propozycja dla ludzi, którzy nie wiedzą czym jest slasher. W najgorszym razie nie przypadnie Wam do gustu, ale będziecie wiedzieć, jak smakuje dobry przedstawiciel tego gatunku. 

ZAKONNICA (Netflix – od 21 kwietnia 2020 / HBO GO)

Kolejny horror na tej liście. Jamesowi Wanowi udało się powołać do życia sprawnie funkcjonujące uniwersum kina grozy, które z każdym kolejnym projektem mocniej zaznaczało swoją pozycję na rynku. Obecnie, obok Marvel Cinematic Universe, jest jedyną serią tego typu, którą można rozpatrywać jako jednoznaczny sukces krytyczny oraz finansowy. Cykl ten składa się z opowieści szerokiego autoramentu. Po genialnej Obecności, jej solidnym sequelu oraz kilku niezłych spin-offach nadszedł czas na przybliżenie origin story jednej z najbardziej przerażających istot wykreowanych w obrębie tego kinowego cyklu. Nie trzymając dłużej w niepewności – muszę przyznać, że „Zakonnica” w reżyserii Corina Hardy’ego jest jedną z najsłabszych części z serii. Jednak mimo to, niektóre jej elementy wyróżniają się na tle poprzednich odsłon. 

„Zakonnica” już od pierwszych minut zachwyca stroną realizacyjną. Scenografia Vracia Eduarda Daniela wywiera na odbiorcy piorunujące wrażenie. Drobiazgowo zaprojektowane i pomyślane lokacje są jednym z najjaśniejszych aspektów obrazu. Sugestywnie doświetlone kadry biją na głowę każdą wcześniejszą odsłonę serii – nawet kultową „Obecność” z  2013 roku. Ten potencjał w każdym calu wykorzystuje reżyser zdjęć Maxime Alexandre, który poprzez drobiazgowo przemyślane kadry oraz powolną pracę kamery, znacząco wpływa na gęsty i mroczny klimat opowieści. Ujęcia niemal w całości poprowadzone na niskiej głębi ostrości świadczą o dużej świadomości i wrażliwości artysty, który wykorzystuje przez to w pełni zalety ciemnych, doświetlanych często jedynie za pomocą świec, pomieszczeń. Jednak to muzyka Abla Korzeniowskiego stanowi o prawdziwej sile tego filmu. Kompozycje odwołują się do klasyki gatunku. Niskie tony męskiego chóru przenikają się organicznie z eksperymentalno-elektronicznymi elementami. Utwory takie jak: „Valak”, „Sacrifice” czy „Gods Ends Here” zapadają w pamięci na długo po seansie. 

KRÓL LEW (HBO GO)

Najnowszy film Jona Favreau jest fabularną kopią „Króla Lwa” z 1994 roku. Różnice względem oryginału wynikają jedynie z faktu, że wersję aktorską wydłużono o niecałe pół godziny. Decyzja mająca na celu dostosowanie czasu do współczesnych standardów metrażowych, pociągnęła za sobą wiele następstw generując przy tym szereg problemów. Najdotkliwszym z nich jest wkradająca się podczas seansu nuda. Klasyczne dzieło Roba Minkoffa i Rogera Allersa od pierwszych minut do końca opowieści trzymało odbiorcę w napięciu, nieustannie podbijając stawkę. Remake z 2019 roku, co jakiś czas traci tempo –  fabularnie jest to nierówna historia, której jednak bardzo często udaje się wprowadzić widza w prawdziwy zachwyt. 

Piorunujące wrażenie robi oprawa audiowizualna – przede wszystkim, jeśli chodzi o przełomową technologię animacji 3D. Zastosowanie nowatorskiego systemu teksturowania i motion capture  powoduje, że fauna i flora wygląda bardzo realistycznie, będąc praktycznie nieodróżnialną od  tej występującej w dokumentach przyrodniczych. Reżyseria zdjęć powala. Calebowi Deschanelowi, nie tylko udało się drobiazgowo odtworzyć poszczególne ujęcia znane z animacji, ale przede wszystkim przetworzyć je i dostosować do nowych potrzeb, jakie wygenerował skrajnie realistyczny kierunek artystyczny. Miłym uzupełnienim całości jest ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Hansa Zimmera, która jest nieinwazyjną reinterpretacją skomponowanych przez niego, na potrzeby oryginału, utworów.

Dobrze wypada również obsada aktorska. Za dubbingiem w angielskiej wersji językowej stoją hollywoodzkie gwiazdy wielkiego formatu. Donald Glover, Seth Rogen, Chiwetel Ejiofor czy Beyoncé Knowles to nazwiska będące same w sobie prawdziwą rekomendacją najnowszego „Króla Lwa”. Wśród tych znakomitych kreacji głosowych na szczególną uwagę zasługuje wcielający się w rolę Mufasy – James Earl Jones. Stworzona przez niego postać, mimo krótkiego czasu antenowego, dzięki charyzmie aktora zapada w pamięci na długo. Szczególnie polecam obejrzenie tej produkcji w oryginalnej wersji językowej z polskimi napisami – dla tych nazwisk naprawdę warto!

AQUAMAN (HBO GO)

Reżyserię przygód „Wodnego człowieka” powierzono Jamesowi Wanowi (w tym tekście już o nim wspominałem) – postaci niezwykle istotnej dla wytwórni Warner Bros. Dzieła Malezyjczyka zawsze stały na wysokim poziomie wykonania odznaczając się jakością, a jego „Obecność” dała podwaliny dla uniwersum grozy, które obecnie stanowi klejnot w koronie wytwórni. Przed reżyserem postawiono niełatwe zadanie, jakim był miękki reboot i stworzenie dzieła wysokiej próby, które zostanie docenione przez krytyków oraz będzie znakiem, że DC zaczyna podążać w odpowiednim kierunku.

Film opowiada historię Artura Curry’ego – tytułowego Aquamana – który musi stanąć na czele podwodnego ludu Atlantydy i zapobiec w ten sposób wojnie pomiędzy światem lądowym, a morskim. W dużej mierze najnowszy film Wana jest klasycznym origin story, których widzieliśmy na ekranie kin zdecydowanie zbyt wiele. Reżyser wykorzystuje jednak ten fakt na swoją korzyść, bawiąc się formą i oczekiwaniami widza. Efektem jest niezwykle wciągająca i angażująca historia, która stanowi prawdziwy powiew świeżości w tym skostniałym subgatunku.

„Aquaman” to niezwykle kompetentne dzieło, które nie jest tylko najlepszym filmem DC od czasów „Mrocznego Rycerza” („Joker” nie stanowi części uniwersum), ale jednym z najdoskonalszych obrazów superbohaterskich w ogóle. Uważam, że bezzasadnym jest porównywanie „Aquamana” z produkcjami Marvel Cinematic Universe. Owszem, humor definiuje najnowszą produkcję DC, a sama stylistyka została znacząco zmieniona względem mrocznej wizji Zacka Snydera. Jednak film Wana robi wiele rzeczy w taki sposób, jakiego próżno szukać w innych produkcjach tego typu. Jest dziełem pompatycznym, ale również pastiszem gatunku. Jeśli widzieliście „Thora: Ragnaroka” to wiedzcie, że film Wana wynosi tę retro stylistykę do swoistego ekstremum. Film to udana produkcja, która nie tylko dobrze powiela pewne schematy, ale przede wszystkim ustanawia nowe standardy. Uniwersum DC powróciło do życia!

HISTORIA MAŁŻEŃSKA (Netflix)

„Absolutnym ideałem aktora to stać się klawiaturą, cudownie nastrojonym instrumentem, na którym swobodnie grałby autor” (Antoine André). Często okazuje się, że kariera, konsumpcjonizm czy nastawione na sukces społeczeństwo prowadzą do powolnego rozpadu więzi międzyludzkich. Kochankom przestaje na sobie zależeć, znajomi stają się nieznajomymi, a przyjaciele wrogami. Czasem wystarczy jedna iskra, by budowane latami relacje – w jednym momencie przestały istnieć. Taką sytuację przedstawia „Historia małżeńska”. Po przeżytej ze sobą dekadzie – Nicole i Charlie nagle przestają o siebie dbać, zabiegać o wzajemną uwagę – ich małżeństwo ulega powolnemu rozkładowi. 

Główną oś „Historii małżeńskiej” stanowią genialne występy aktorskie, które przekształciły tę dość prozaiczną opowieść – w emocjonalne i poruszające widowisko. Zarówno kreacja Adama Drivera, jak również Scarlett Johansson nie pozwalają widzowi pozostawać obojętnym wobec narracji, która jest przez nich współtworzona. Kameralny początek jest zaledwie preludium do wstrząsającej przypowieści ukazującej zakochanych w sobie ludzi, którzy z dnia na dzień przestają ze sobą rozmawiać, stają się siebie obcy, zaczynają się nienawidzić. 

„Pozorna zwyczajność” to termin, który najlepiej definiuje to, czym jest „Historia małżeńska”. Charakter ten nie jest widoczny wyłącznie w postawie aktorów, ale przede wszystkim na poziomie scenariuszowym i realizacyjnym. Noah Baumbach od samego początku stara się uśpić czujność widza. Nadaje sielankowy wymiar początkowi opowieści, by szybko zderzyć odbiorcę z ponurą rzeczywistością i obedrzeć go ze złudzeń. Reżyser nie odbiera jednak nadziei do końca, długo tkwiąc w pewnego rodzaju obyczajowej „nudzie”. Pozwala oswoić nam się ze zwyczajnością świata przedstawionego, by w konkretnych momentach brutalnie wydrzeć nas z pozornego spokoju – pokazać nam prawdziwe cierpienie, dramat autentycznych ludzi. 

Oscar Wilde napisał, że „bardzo niebezpiecznie jest spotkać kobietę, która nas całkowicie rozumie. Kończy się to zawsze małżeństwem”. Dzieło Baumbacha to film niezwykły, który pod płaszczykiem zwyczajnej, nudnej opowieści przekazuje bardzo aktualną i poruszającą lekcję. Żyjemy w czasach galopującego postępu technologicznego, który nauczył nas, że zamiast naprawiać rzeczy, należy je wyrzucić. Ale czy to jest rzeczywiście słuszne?

Bartosz Dominik

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s