Pięć najgorszych filmów 2019

Rok 2019 to wyjątkowy czas dla kinematografii. Od lat nie było tylu znakomitych premier, które praktycznie przyćmiły wszystko to, o czym wielu z nas chciałoby zapomnieć. „Jojo Rabbit”, „1917”, „Ból i blask”, „Boże Ciało”, „Historia małżeńska” – to produkcje, które bez wątpienia zapiszą się złotymi zgłoskami w historii kina. Na każdą beczkę miodu, przypada jednak łyżka dziegciu – dlatego też nie było dużym problemem znalezienie kilku utworów, które rozczarowują i męczą odbiorcę. Są to filmy nieudane – będące synonimem porażki i złego smaku. Blaise Pascal napisał w „Myślach”, że: „Nie masz dla człowieka nic równie nieznośnego, jak zażywać pełnego spoczynku, bez namiętności, bez spraw, rozrywek, zatrudnienia. Czuje wówczas swoją nicość, opuszczenie, lichość, zależność, niemoc, próżnię. Bezzwłocznie wyłoni się z głębi jego duszy nuda, melancholja, smutek, troska, żal, rozpacz”. Dlatego też wystrzegajmy się złych filmów, a celebrujmy wybitne. Zapraszam do lektury.

YESTERDAY

Po krytycznym i finansowym sukcesie „Bohemian Rhaposody” Bryana Singera, jak „grzyby po deszczu” zaczęły pojawiać się kolejne filmy poświęcone kultowym zespołom czy muzykom. Warto wspomnieć chociażby o znakomitym „Rocketmanie”, w którym przedstawiono historię Eltona Johna, i która praktycznie pod każdym względem biła na głowę produkcję poświęconą Queen. Dlatego też z optymizmem patrzyłem, na debiutujący w kinach 12 lipca 2019 roku, „Yesterday” w reżyserii Danego Boyle’a. W swoich założeniach produkcja miała być zogniskowana wokół fenomenu, jakim bez wątpienia był brytyjski zespół „The Beatles”.

Nie wyszło. Przede wszystkim zawodzi scenariusz autorstwa Richarda Curtisa („Cztery wesela i pogrzeb”, „Dziennik Bridget Jones”), który poraża przewidywalnością oraz brakiem głębi i złożoności. To wydmuszka – mimo powierzchownego piękna zapomina postawić przed widzem jakiegokolwiek pytania mogącego pozostać z nim na dłużej. No chyba, że twórcy celowali w odbiorców nastoletnich, dla których przywłaszczenie czyjejś własności, tudzież infantylna historia miłosna, jest dostatecznie zarysowaną strukturą opowieści i wystarczającym problematem. 

„Yesterday” to produkcja, która dużo obiecuje – jednak z każdą kolejną minutą udowadnia, że nie ma widzowi nazbyt wiele do zaoferowania. Beatlesi muszą jeszcze poczekać na to, by ktoś filmowo w godny sposób uczcił ich pamięć i podkreślił ich kultowy status. Trudno mi komukolwiek polecić ten obraz… Może fanom Lily James?

KRAINA LODU II

W 2013 roku na ekranach kin debiutuje „Kraina lodu”, która z miejsca staje się niespodziewanym sukcesem porywając widownię na całym świecie. Ostatecznie produkcja zdobywa dwa Oscary (najlepszy pełnometrażowy film animowany i najlepsza muzyka). Kwestią czasu było  więc powstanie sequela. Swoistym przedsmakiem pełnoprawnej kontynuacji były dwie krótkometrażówki: „Gorączka lodu” (2015) i „Przygoda Olafa” (2017), które w znaczny sposób odstawały jakością od materiału źródłowego. Mimo to, w momencie opublikowania pierwszego zwiastuna „Krainy lodu II” wśród miłośników oryginału odżyła nadzieja, że będzie to godna kontynuacja serii.

Scenariusz dwójki prezentował się obiecująco. Elsa i Anna wyruszają w podróż wgłąb zaczarowanego lasu, by odkryć rodzinną tajemnicę i uchronić królestwo przed zagładą. Podczas swoistej „historii drogi” protagonistki poznają siebie – swoje motywacje i skrywane (nawet przed sobą) pragnienia. Niestety zarysowana opowieść nuży, nie absorbuje uwagi w takim stopniu, jak miało to miejsce w przypadku części pierwszej. Losy bohaterów nikogo nie obchodzą i nie angażują. Kontynuacji brak charakterystycznego dla serii humoru. Twórcy starają się jak mogą, by rozbawić widownię – efektowi końcowemu bliżej jest jednak do poczucia zażenowania niż autentycznego rozbawienia. 

Kraina lodu II” to jedno z największych rozczarowań 2019 roku – film, który ugiął się pod ciężarem ambicji swoich twórców oraz oczekiwań widzów. Mizerność efektu zasmuca, zwłaszcza gdy zdamy sobie sprawę z ogromnego potencjału, który widać niemal w każdym aspekcie dzieła. Doskonała muzyka, wzniosłe wizualia spowodowały, że był to dla mnie bardzo ponury spektakl. Udane części składowe nie łączą się ze sobą – nie stanowią całości, fabuła nie działa. Historia z każdym kolejnym zwrotem akcji odkrywa w nas nieznane dotąd pokłady znużenia.

KOBIETY MAFII 2

Pierwszy i nie ostatni film Patryka Vegi w tym zestawieniu. Reżyser to prawdziwy fenomen polskiej kinematografii. Mimo faktu, że jego kolejne produkcje zbierają coraz niższe noty od krytyków, zainteresowanie widowni rośnie wykładniczo z premierą każdego następnego filmu. O istotności tego zjawiska świadczy to, że nikomu innemu w Polsce nie udało się powtórzyć sukcesu na taką skalę. Wynika to najparwdopodbnisj z tego, że w naszym kraju wcześniej nie było tak wyraźnego przedstawicielstwa kina klasy B. Vega trafił w niszę, a wiedzę te wykorzystał bez wachania.

„Kobiety mafii 2” nie zawodzą, a jakość całości jest odpowiednio niska. Vega serwuje widowni najbardziej nierówną do tej pory opowieść, która przeplata ze sobą elementy udane z takimi, które starają się usilnie obrazić widza i jego smak estetyczny. Doskonałe zdjęcia, których nie powstydziłyby się kasowe hollywoodzkie produkcje (np.: lotnicze Warszawy), zestawione są na sztywno ze śmieciowymi ujęciami przypominającymi amatorskie nagrania. Jest to doświadczenie wyjątkowe i skrajnie nieprzyjemne.

Fabuła również nie powala – jej mizerna jakość pozwala jednak bawić się na seansie znakomicie. W produkcji przewija się wiele wątków, w tym naprawdę niezręczny dotyczący Państwa Islamskiego i terroryzmu religijnego w Polsce. Element ten można śmiało uznać za szkodliwy. Patryk Vega gloryfikuje działalność i motywację ISIS, ukazując walczących z nimi, między innymi Polaków, jako ludzi depczących tę piękną kulturę i zwyczaje. W dobie nasilających się zamachów na tle religijnym, takie patrzenie na ten problem jest dość niepokojące. Trudno mówić o fabule więcej… Na etapie epizodu z jeżdżącym na rowerze niedźwiedziu brunatnym, mój mózg odmówił posłuszeństwa.

CZARNE ŚWIĘTA

Sophia Takal w swoich „Czarnych świętach” dużą uwagę przywiązuje do nakreślenia pozycji kobiet we współczesnym świecie. Problemy emancypacji, równości stają się dla niej wątkiem nadrzędnym, który niestety przyćmiewa pozostałe elementy fabuły. W zasadzie – proporcje opowieści zaburzone są w takim stopniu, że wszystko inne, w tym również losy bohaterów, są dla odbiorcy całkowicie obojętne. Film jest zlepkiem – konglomeratem niepasujących do siebie części składowych – horroru, filmu obyczajowego oraz klasycznej świątecznej opowieści w stylu „Kevin sam w domu”. Bohaterowie wybierają w sklepie choinkę, by w tym samym czasie inna przestrzeń  stała się miejscem zbrodni – śmierci koleżanki z ekipy, która na swoje nieszczęście akurat pozostała w domu studenckim. Na papierze pomysł rysuje się interesująco. Wykonanie jednak rozczarowuje – poszczególne sceny nie pasują do siebie charakterem, nie ma odpowiedniego przejścia – nieustannie ma się wrażenie, że jest to zlepek kilku, zupełnie różnych produkcji.

Obraz „nędzy i rozpaczy” potęguje przeciętna realizacja warstwy audiowizualnej. Od dawana nie widziałem tak nienatchnionych i nienadzwyczajnych zdjęć. Przeraża poziom zaszumienia poszczególnych kadrów. Zdjęcia wydają się przez to nieostre – wyraźnie rozmyte. 

„Uważam, że dążenie do prostoty i klarowności to moralny obowiązek każdego intelektualisty, brak jasności jest grzechem, a pretensjonalność przestępstwem” (Popper). Arystoteles pisał, że „byt” jest lepszy od „niebytu”. To co istnieje zawsze przewyższa potencjalny brak. Największą zaletą „Czarnych świąt” z 2019 roku jest to, że film ten trafił na ekrany kin. Jest to seans wybitnie nużący, który chyba od początku nie miał pomysłu na siebie. Sophia Takal jednoznacznie udowodniła, że nie wystarczy „istnieć”. A zamiast iść do kina, lepiej zobaczyć „Kevina”.

POLITYKA

Prawdziwy ubiegłoroczny zwycięzca! W weekend otwarcia film zobaczyło prawie milion widzów. „Nakręciłem ten film dlatego, że chciałem stoczyć w życiu bitwę. Początkowo bitwa ta miała dokonać się w wymiarze osobistym, gdzie chciałem się skonfrontować z własną odwagą, ale (…) kiedy zderzyłem się z szantażem politycznym, przerodziła się ona w bitwę o demokrację” – tak o swoim najnowszym dziele, podczas uroczystej premiery w Warszawie, mówił reżyser Patryk Vega. 

Wspomniana produkcja wywoływała spore kontrowersje już w momencie, w którym do sieci trafił pierwszy zwiastun. Łudzące podobieństwo, wykreowanych na potrzeby filmu, postaci do znanych z pierwszych stron gazet polityków oraz szumne zapowiedzi, że dzieło to może wpłynąć w istotny sposób na wynik wyborów – powodowały, że nikt wobec będącej na ukończeniu produkcji, nie pozostawał obojętny. Agresywna kampania marketingowa skończyła się dla reżysera między innymi pozwem wniesionym przez Bartłomieja Misiewicza – byłego szefa gabinetu politycznego i rzecznika prasowego Ministra Obrony Narodowej. Wbrew intencji pozywającego – wiadomość ta doprowadziła do wzrostu zainteresowania widowni nadchodzącą premierą. 

Emocje opadły, a „bitwa” się zakończyła. Co ciekawe, zwycięsko wyszła zeń tylko jedna osoba – spoglądająca nonszalancko na miliony przegranych, którzy kolejny raz dali się wkręcić w tę, służącą jednemu, intrygę. W oddali słychać śpiew: „trzeba wiedzieć kiedy ze sceny zejść – Niepokonanym. Wśród tandety lśniąc jak diament, być zagadką, której nikt – nie zdąży zgadnąć nim minie czas”. Tak jest – Vega zwyciężył! Również w tym zestawieniu.

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s