Dżentelmeni

„Talent – to robić z łatwością to, co jest trudne dla innych. Robić to, co niemożliwe dla talentu – oto geniusz” (Henri Frédéric Amiel). Czy można mówić o wysokobudżetowym kinie autorskim? W Hollywood rzadko zdarza się, by dzieła twórcy odznaczały się indywidualnym charakterem. Wytwórnie inwestują niebotyczne kwoty, dlatego też nie mogą pozwolić sobie na niepotrzebne ryzyko. Są jednak jednostki, które wywierają swoje piętno w obrębie popkulturalnej pulpy.  Guy Ritchie jest reżyserem, którego styl wyróżnia się na tle innych – jego lekkość i skrupulatność w opowiadaniu historii zachwyca. Niestety ostatnie dzieła artysty nie błyszczały tak mocno – ich polor stracił pierwotną jasność, a dawny błysk uległ pasywacji. Czy najnowszy film twórcy – „Dżentelmeni”, który na ekranach polskich kin zadebiutował 14 lutego 2020 roku odmienił ten stan rzeczy, a produkcja jest jego faktycznym powrotem do dawnej świetności?

Historia opowiedziana w filmie na pierwszy rzut oka przypomina wiele innych, które wydarzyły się w obrębie kina gangsterskiego. Handlarz marihuany postanawia przejść na emeryturę. Daletgo też postanawia spieniężyć swoje narkotykowe imperium i odejść z biznesu. Cały proces nie będzie jednak tak łatwy i oczywisty, jak mogłoby się to na początku wydawać. 

eto_clip_thegentlemen_100219.png

„Dżentelmeni” odznaczają się bardzo interesującą strukturą narracyjną. Fabuła nie toczy się linearnie.  Jest opowiadana przez postaci biorące w niej udział. Z racji tego, że pamięć ludzka jest wybiórcza i ulotna, a wyobraźnia wprawionych gawędziarzy bujna – całość sprowadza się do opowieści symultanicznej. Pozorny chaos, brak chronologiczności, ukazywanie konkretnych wydarzeń z kilku perspektyw powoduje, że większość seansu naprawdę „wbija w fotel”. Scenariusz Ritchiego angażuje, nie pozwala się widzowi nudzić – z biegiem fabuły coraz bardziej się wciągamy, zanurzamy się w świat przedstawiony. Głównych bohaterów trudno nie polubić – dlatego też ich los nie jest nam obojętny. 

The-Gentlemen-2020-after-credits-hq

Specyficzna konstrukcja i skomplikowanie utworu powoduje jednak, że na początku niezbędne jest mozolne i drobiazgowe nakreślenie wątków i „reguł gry”. Dlatego też pierwszy akt dłuży się niemiłosiernie. PIerwsze pół godziny filmu jest przeładowane dialogami; widz z każdej strony atakowany jest bodźcami. Sytuacji nie ułatwia postawa reżysera, który na każdym kroku stara się zaskoczyć nas swoją erudycją i obeznaniem w świecie filmu. Robi to w bezwstydny sposób, co czasem wręcz wytrąca nas z immersji. Nieuzasadnione i używane jednorazowo zabiegi początkowo są faktycznie zaskakujące. Potem jednak tylko męczą. 

liked-the-gentlemen-then-watch-these-5-british-crime-flicks-7

Na szczęście, od drugiego aktu film zdecydowanie spełnia pokładane w nim nadzieje. Jest to rozrywka totalna, która zatraca się w swojej bezpretensjonalności. Trup ściele się gęsto, muzyka przekształca obraz w pełnometrażowy teledysk, dowcip zatraca się w stworzonej przez autorów konwencji. Sprawnie, ale i nonszalancko poprowadzona historia bawi się z widzem, który nieustannie zaskakiwany jest kolejnymi zwrotami akcji. Produkcja zaczyna się od hitchcockowskiego „trzęsienia ziemi”, potem napięcie się ulatnia, by ostatecznie powrócić w drugim akcie. Od tego momentu stawka nieustannie rośnie, by swoją kulminacje osiągnąć w finale opowieści. 

image-asset

Suspens ten jednak by się nie udał, gdyby nie znakomita warstwa audiowizualna. Zachwycają szczególnie zdjęcia autorstwa Alana Stewarta, który nie uznaje półśrodków. Jego ujęcia są przestylizowane – autor często ucieka w dosłowność, czasem ociera się o kicz. Balansuje na krawędzi, ale nie spada zeń nawet przez moment. Wyczucie estetyczne, smak powodują, że ta odważna postawa wobec materii filmu znajduje aprobatę wśród odbiorców. Całość dopełnia doskonale skomponowana ścieżka dźwiękowa autorstwa Christophera Bensteada. Muzyka jest różnorodna, miesza wiele gatunków. Nie jest jednak niejednorodną mieszanką. Wśród wielu stylów relatywnie łatwo odnaleźć klucz, według którego kompozytor wybierał i projektował poszczególne utwory. 

Warto wspomnieć także o fenomenalnej obsadzie aktorskiej. Szczególnie podobały mi się kreacje: Matthew McConaughey’a i Charlie’ego Hunnama. Panowie na ekranie stanowią idealny duet  – kreślą zażyłą relację narkotykowego bosa i jego prawej ręki. Wyczuwalna jest między nimi chemia – napięcie, bez którego cały projekt byłby skazany na porażkę. Pochwalić należy również Hugh Granta wcielającego się we wścibskiego dziennikarza Fletchera, który postanawia zaszantażować barona marihuany. Rola Granta jest tak autentyczna, że początkowo nie mogłem skojarzyć aktora, nie wiedziałem, kto odgrywa tę rolę. Fletcher jest postacią kompletnie różniącą się od ciamajdowatych amantów, w których przez lata odgrywał aktor. Ostatecznie Grant zagrał rolę życia. 

Panowie „Dżentelmenami” są wyłącznie z nazwy. De facto jest to brutalne i niewybaczające błędów środowisko. Produkcja Guya Ritchiego jest kwintesencją kina rozrywkowego – faktycznym i jednoznacznym powrotem reżysera do formy. Polecam!

Ocena filmu: 7,5/10nowa gwiazdka

Bartosz Dominik

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s