OSCAROWE OCZEKIWANIA

„Nie wierzę w Oscary. W tej chwili to już tylko, zacna niegdyś, podtrzymująca prestiż amerykańskiego kina nagroda promocyjna. Służy lepszej sprzedaży i środowiskowej polityce. A ponieważ świat filmowy i tak podlega dziś ekonomicznie hollywoodzkiemu imperium, nie widzę powodu, żeby jeszcze brać udział w tej reklamowej kampanii” – napisał niegdyś Tadeusz Sobolewski. Nie sposób nie zgodzić się z krytykiem filmowym. Oscary są znakiem naszych czasów – jest to jeden z ważniejszych symboli komercjalizacji, triumfu konsumpcjonizmu i dominacji amerykańskiej popkultury w światowej sztuce. Nie jest to jednak wyłącznie emanacja „ekonomicznego imperium” Hollywood. Oscary to niepowtarzalna okazja do tego, by uczcić piękno kina i wrażliwość twórców, by wzruszyć i poznać filmy ważne, które wywarły wpływ na międzynarodową kinematografię. Do 92. ceremonii wręczenia nagród Amerykańskiej Akademii Sztuki i Wiedzy Filmowej zostało zaledwie kilka dni. 9 lutego br. poznamy zwycięzców w poszczególnych kategoriach. Wzorem miłośników polskiej piłki nożnej powiedzieć można, że przytłaczająca większość z nich, to prawdziwe „grupy śmierci”. Z tej okazji, chciałbym w formie krótkiego felietonu, wyrazić swoje oczekiwania oraz nadzieje związane z nadchodzącą galą. „Kultura przynosi zwycięstwo, choć zwycięstwo czasem obniża kulturę” (Platon, Prawa).

NAJLEPSZY FILM MIĘDZYNARODOWY

Dla nas, Polaków jedną z najważniejszych kategorii tego roku – tą, budzącą ogromne emocje –  będzie niewątpliwie „najlepszy film międzynarodowy”. Wielu zaskoczyło ogłoszenie akademików, że do nominowanej piątki zakwalifikował się głośny film Jana Komasy. „Boże Ciało” to film niezwykły, który nie znalazł się w tym gronie bez powodu. Niestety, szanse na statuetkę Komasa ma raczej niewielkie. Faworytem jest niewątpliwie koreański „Parasite”, który otrzymał w sumie sześć nominacji, w tym dla „najlepszego filmu”. Sporym zaskoczeniem byłoby więc, gdyby Joon-ho Bong nie otrzymał nagrody. Po cichu liczę jednak (pomijając oczywiście scenariusz, w którym złotego ludzika odbiera Kamasa) na wygraną Pedro Almodóvara. Jego „Ból i blask” to produkcja kameralna, która jednak poraża i wzrusza widza swoją niezwykłą prostotą i bezpośredniością. Jest to opowieść autobiograficzna – o starzejącym się Almodóvarze i o tym, czy reżyser faktycznie do tej starości dorósł. Piękne rozlicznie i podsumowanie swojego dorobku. Reżyser i odtwórca głównej roli – Antonio Banderas rzeczywiście błyszczą, a poruszająca historia opowiedziana w filmie boli, przeszywa na wskroś. 

NAJLEPSZY DŁUGOMETRAŻOWY FILM ANIMOWANY

Pełnometrażowe animacje stanowią prawdziwą „grupę śmierci”. Obok znakomitej netflixowej animacji „Klaus”, o statuetkę powalczy najnowsze dzieło Pixara – czwarta część „Toy Story”. Te dwa filmy to prawdziwe arcydzieła, każdy z tych obrazów porusza widza, pozwala przystanąć i zastanowić się nad przemijaniem oraz zdać sobie sprawę, że nikt z nas nie odchodzi na zawsze. W tegorocznej edycji „Złotych Globów” zwyciężył jednak „Praziomek” w reżyserii Chrisa Butlera. Tym samym jest to lider zestawienia – produkcja, która najprawdopodobniej zgarnie Oscara. Osobiście chciałbym, żeby nagroda Akademii powędrowała do Jérémy’ego Clapina za film „Zgubiłam swoje ciało”. To produkcja dojrzała, znacznie bardziej abstrakcyjna i niejednoznaczna. Obraz ten jest triumfem formalizmu – dziełem, w którym najważniejszą rolę odgrywa forma, treść jest jedynie pretekstem do odbycia podróży niezwykłej i prawdopodobnie niepowtarzalnej. 

POTĘGA NETFLIXA 

Faktem wartym odnotowania jest to, że w tym roku najwięcej nominacji zdobył Netflix. „Dwóch papieży”, nominowana w kategorii „najlepszy film” „Historia małżeńska”, „Klaus”, „Zgubiłam swoje ciało” – to produkcje, które są dowodem, że platforma nie jest wyłącznie agregatem przeciętnych i słabych produkcji. Niektórzy niegdyś nazywali Netflixa „wysypiskiem”. Teraz trudno będzie udowodnić i utrzymać w mocy tę tezę. Nominacje nie są jednak „biorące” – bardzo trudno będzie gigantowi wywalczyć choć kilka statuetek spośród aż 24 szans.

NAJLEPSZY REŻYSER I SPODZIEWANY TRIUMF „1917”

Choć tegoroczna gala Oscarów polaryzuje odbiorców, którzy ogniskują swoje sympatie w różnych dziełach, to jedno jest w zasadzie pewne. „1917” najprawdopodobniej będzie największym zwycięzcą tegorocznej gali. Tezę te potwierdziły Złote Globy 2020. Film Sama Mendesa zdobył statuetki w dwóch najważniejszych kategoriach – „najlepszy dramat” oraz „najlepszy reżyser”. Mendes zdobył również prestiżową nagrodę Amerykańskiej Gildii Reżyserów Filmowych (DGA), która może przypieczętować jego oscarowe zwycięstwo. Nagrody te przyznają w zasadzie Ci sami ludzie i rzadko zdarza się, by laureat DGA nie zdobył również Oscara za najlepszą reżyserię. „1917” najprawdopodobniej zwycięży również w kategoriach: „najlepsza muzyka”, „najlepsza scenografia” oraz „najlepszy dźwięk”. Największym „pewniakiem” jest jednak autor zdjęć – Roger Deakins. To, w jaki sposób pokazano historię powoduje, że na nowo można uwierzyć w magię kina i poczuć się jak dziecko. Granica demarkacyjna między sztuką, a rzemiosłem uległa zatarciu. Deakins wprowadził nastrój tajemnicy. Podczas seansu nie byłem w stanie wyobrazić sobie, jak on to nakręcił i do tej pory nie mogę uwierzyć, że było to możliwe do zrealizowania. Chapeau bas! „1917” oddaje jednak walkowerem kategorie aktorskie, ponieważ zarówno znakomity George Mackay, jak i Dean-Charles Chapman nie otrzymali nominacji.

KATEGORIE AKTORSKIE

Pomijając główną nagrodę, to właśnie kategoria „najlepszy aktor pierwszoplanowy” wydaje się najbardziej interesująca. To bez wątpienia „starcie tytanów”, z którego obronną ręką wyjdzie najprawdopodobniej Joaquin Phoenix za rolę Jokera. Jego zwycięstwo jest praktycznie pewne, wiec gdybym miał obstawiać, przałbym wszystkie dolce na niego. Osobiście jednak życzyłbym sobie, by Oscara zdobył Adam Driver, którego rola była zdecydowanie bardziej kameralna, intymna. Potrafił jednak w odpowiednich momentach poruszyć odbiorcę, wywołać u niego  prawdziwą melancholię. Jeśli „Historia małżeńska” zasługuje na statuetkę, to właśnie w kategoriach aktorskich. Nie obraziłbym się również, gdyby Oscar trafił w ręce Antonio Banderasa, którego rola w filmie „Ból i blask”, była niewątpliwie najlepszą w karierze. Zapadła mi w pamięci także kreacja Leonardo DiCaprio. Postać podstarzałego aktora Ricka Daltona w „Pewnego razu… w Hollywood” to meta-rola, która niezwykle trafnie komentuje i krytykuje przemysł filmowy, jako taki, współczesnych aktów oraz samego DiCaprio. Podziwiam go, że zdobył się na odwagę, by na ekranie zaśmiać się także z samego siebie. Pozostał jeszcze Jonathan Pryce i cóż powiedzieć – nie tylko wygląda i zachowuje się jak Papież Franciszek. On się nim staje za każdym razem, kiedy pojawia się na ekranie. 

Byłoby zaskoczeniem, gdyby nagroda dla „najlepszej aktorki pierwszoplanowej” nie trafiła do Renée Zellweger, za rolę Judy Garland. Aktorka jest faworytką – jej pozycję umocnił „Złoty Glob” dla „najlepszej aktorki w dramacie”. Moje serce skradła jednak Scarlett Johansson za jej kreacje Nicole w „Historii małżeńskiej”. Gdybym mógł decydować, to właśnie ona dostałaby złotego koleżkę. Podobała mi się również Saoirse Ronan, która była jednym z nielicznych jasnych punktów „Małych kobietek”.

Jeśli chodzi o „najlepszego aktora drugoplanowego”, to walka rozegra się pomiędzy Bradem Pittem („Pewnego razu… w Hollywood”), a Joe Pescim („Irlandczyk”). Gdybym miał postawić własną nerkę, to zaryzykowałbym na rzecz Pesci’ego. Złotego Globa zgarnął Pitt – miejmy nadzieję, że w tym przypadku będzie inaczej. Przebojowo zagrali również: Anthony Hopkins, który wcielił się w Benedykta XVI i Al Pacino za swoją rolę w „Irlandczyku”. 

Najlepszą aktorką drugoplanową zostanie prawdopodobnie Laura Dern, za doskonale zagraną Norę Fanshaw z „Historii małżeńskiej”. Warto zauważyć również, że Dern dała piękny występ w innym głośnym filmie na tegorocznej gali pt.: „Małe kobietki”. Może ta nominacja oraz zdobycie Złotego Globa, jest właśnie nagrodą za całokształt ubiegłorocznej pracy? Te jednak Scarlett Johansson w „Jojo Rabbit” wywarła na mnie największe wrażenie. Rzadko zdarza się, by w jednym roku aktorka zdobyła aż dwie nominacje, ale nigdy nie zdarzyło się, by jedna aktorka zwyciężyła w obu. Tego jej właśnie życzę. 

DLACZEGO NIE IRLANDCZYK, DLACZEGO JOJO?

Najnowszy film Martina Scorsese nie przypadł mi do gustu. Wydaje mi się, że głównym powodem był metraż, który dla mnie jest nie do przyjęcia. Mimo znakomitych dialogów, ciekawej historii, świetnych aktorów, trzy i pół godziny seansu zwyczajnie męczy. Może jest to przełom i nowe podejście do kinematografii. Dzisiaj jednak nie jestem w stanie go zaakceptować. „Jojo Rabbit” jest produkcją, która padła ofiarą geniuszu „1917” i liczę na to, że Oscary zdobędzie w kategoriach technicznych, bo to niezwykle drobiazgowo przemyślane i skonstruowane dzieło. Na marginesie wspomnę jedynie, że trzymam kciuki, aby „Na noże” wygrało w kategorii „najlepszy scenariusz oryginalny”.

wp1855052

9 lutego dowiemy się czy te analizy, przewidywania i nadzieje się spełniły. Jedno jest pewne, tegoroczne Oscary będą wyjątkową ceremonią, która do samego końca trzymać nas będzie w niepewności i napięciu. Dlatego też każdego z Państwa zachęcam do oglądania tego niezwykłego wydarzenia. Transmisja na żywo, w nocy z niedzieli na poniedziałek, dostępna będzie na antenie Canal+, która rozpocznie się o godzinie 2:00. Planowany koniec transmisji to godzina 5. Dzień później, 10 lutego stacja wyemituje skrót programu. Zapraszam!

Bartosz Dominik

Zrzut ekranu 2020-02-9 o 14.25.53

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s