Pan T.

„Ściany spękane, rdzewieją ze złocenia. Zdefektowane, mrugające oświetlenie. Nowoczesność umierająca na zawał. Niebiesko-czerwony półmrok pełen występnych twarzy. Każda gęba to grzech śmiertelny. Każdy pysk to świętokradztwo. Dudnienie w murach, łomot w głowie, wycie na poddaszach. Głos gniewu bożego” (Tadeusz Konwicki, Mała apokalipsa). XXI wiek przyniósł człowiekowi galopujący rozwój technologiczny, odzierając go jednak z wiedzy i wrażliwości na piękno. Wyrafinowanie ustępuje masie, która „równa w dół”, a twórczość Krzysztofa Pendereckiego zostaje wyparta przez disco-polowe piosenki Zenka Martyniuka. To, co wartościowe traci swój pierwotny blask, gasnąc pochłonięte w morzu pseudokulturalnych tworów i trendów. Intelektualiści przestali wyznaczać standardy, które teraz stały się domeną infantylnych mediów społecznościowych, w których filozofia ustępuje emotikonom. W tym ponurym obrazie rzeczywistości znajduje się tytułowy Pan T., który w spauperyzowanym świecie pokazuje innym, że mogą być piękni i czym to piękno powinno być. Czy, mimo interesującego konceptu, dzieło Marcina Krzyształowicza nie ugięło się pod ciężarem swojej własnej ambicji?


Początek lat 50. W powojennej Polsce nowy porządek rośnie w siłę. Donosy, kontrola i wynikająca zeń niepewność stają się dla ludzi codziennością. „Wielki Brat patrzy”! Nikt nie może czuć się bezpiecznie – szczególnie artyści, którzy są symbolem wolności, niepokorności i wiary w lepsze jutro. Traktuje się ich, jak wywrotowców, potencjalnych rewolucjonistów, którzy chcą zmienić otaczającą rzeczywistość, wysadzić „Pałac Kultury”, sprzeniewierzyć chłopsko-robotnicze dziedzictwo. Jedynym ukojeniem dla twórców staje się płynąca szerokim strumieniem wódka. Siła najnowszego filmu Marcina Krzyształowicza drzemie w tym, że udało się w nim zawrzeć tzw. „signum temporis” – znak czasu. Twórcy odzierają widza ze złudzeń, prezentując mu, ukryty pod płaszczykiem przypowieści dziejącej się w PRL-owskim świecie, obraz współczesnego świata.

Bo mimo historycznego rdzenia, cała opowieść dobrze przekłada się na współczesność i trawiące ją problemy. Kultura pozostała w tyle, świat usieciowiony o niej zapomniał. W Internecie każdy jest ekspertem, osobą obeznaną we wszystkim. Anonimowość spowodowała śmierć ekspertów, wszyscy budzą taki sam autorytet, informacje przestały być wiarygodne. Większość decyduje o tym, co jest dobre, a co złe, co powinno być emitowane w telewizji i wreszcie, co stanowi  prawdziwą wartość. Ludzie, którzy mają coś do powiedzenia milczą. Krzyczy tłuszcza. „-Czy Wielki Brat istnieje? – Oczywiście, że istnieje. Partia istnieje, a Wielki Brat to ucieleśnienie Partii. – Czy istnieje w ten sam sposób co ja? – Ty nie istniejesz” (George Orwell, Rok 1984).

Może dlatego „Pan T.” wywarł na mnie tak duże wrażenie? Mimo lekkiej formy, obraz Krzyształowicza przeraża. Przeraża, ponieważ jest lustrem, w którym może przejrzeć się każdy z nas. Ale to co widzimy, nie jest dobre, piękne ani prawdziwe. Ludzie wielcy, tacy jak Pan T., dzisiaj umierają z głodu, niezrozumiani i zapomnieni przez resztę. Kiedyś uważano, że najwybitniejsi docenieni zostaną dopiero po śmierci, gdy reszta ludzkości dorośnie do ich geniuszu. Teraz, gdy świat z dnia na dzień staje się coraz bardziej dziecinny, nieustannie obniżając poziom i wyrafinowanie, do którego należy równać, wydaje się, że jednostki wybitne skazane są na wieczną śmierć i zapomnienie.

Tak ważny dla kinematografii film nie działałby tak mocno na odbiorcę, gdyby nie znakomite występy aktorskie. Szczególnie dobrze wypada duet: Sebastian Stankiewicz i wcielający się w rolę tytułową Paweł Wilczak. Tej dwójce udało się zbudować niejednoznaczne  i wielopoziomowe postaci. Są to kreacje, które pozwalają wierzyć, że to co dzieje się na ekranie jest prawdą oraz poprawnie zinterpretować tę metaforyczną opowieść. W parze z wyrazistymi występami, idą również doskonałe aspekty audio-wizualne, których realizacja mocno odwołuje się do filmów z lat 50. i 60. XX wieku. Widać to przede wszystkim w klimatycznych zdjęcia autorstwa Adama Bajerskiego. To, z jaką precyzją i namaszczeniem komponowane są poszczególne kadry, wykorzystując przy ich zapisie rozwiązania technologiczne sprzed lat, stanowi wartość samą w sobie. Nastrój starego kina potęguje ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Michała Woźniaka.

„Pan T.” to dzieło niezwykłe, które pod niepozorną komedią obyczajową skrywa znacznie bardziej interesującą nadbudowę filozoficzną. Film ten jest przestrogą, byśmy nie zachłysnęli się nowoczesnym światem i nie zapomnieli o tym, co naprawdę istotne. Pokazuje również, że podobnie jak w PRLu, również dzisiaj kultury nie budują prawdziwi artyści, a grupy wpływów, którym na rękę jest to, by ludzie wobec sztuki nie mieli smaku. Współczesny wieszcz śpiewa: „jeden uśmiech twój wystarczy i moje serce gubi rytm. O twą miłość będę walczył, o miłość walczyć to nie wstyd”. Evviva l’arte!

Ocena filmu: 8/10nowa gwiazdka

Bartosz Dominik 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s