Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie

Prawdziwą burzę w miediach wywołała niedawna wypowiedź dotycząca filmów Marvela, jakiej, podczas promocji swojego najnowszego filmu, udzielił Martin Scorsese. „Wiecie, starałem się. Ale to nie jest kino. Szczerze, choć (filmy Marvela – przyp. red.) są świetnie zrobione, z aktorami, którzy dają z siebie wszystko w tych okolicznościach, to kojarzą mi się co najwyżej z parkami rozrywki. To nie jest kino istot ludzkich przenoszących emocjonalne i psychologiczne doświadczenia innych ludzi”. W internecie zawrzało. Szczególnie dotknięci poczuli się fani uniwersum oraz jego twórcy. Problem w tym, że wypowiedź artysty zdaje się w pełni wyczerpywać pojęcie blockbustera, którego najpełniejszą emanacją są filmy z pod znaku Marvela czy chociażby Star Wars. To produkcje, których główną aspiracją jest dostarczenie rozrywki – doświadczenia podobnego do przejażdżki kolejką górską. Dziewiętnastego grudnia 2019 roku na ekrany polskich kin weszło długo wyczekiwane domknięcie gwiezdnowojennej sagi. „Skywalker. Odrodzenie” zapewnił widowni jeden z najbardziej epickich epilogów w historii kina. Efekt nie sprostał jednak oczekiwaniom odbiorców, bo najnowsze Gwiezdne Wojny są jedynie… „parkiem rozrywki”. 

g0

Twórcy „Skywalker. Odrodzenie” nie mieli wielkich ambicji artystycznych. Ostatnia część nowej trylogii nie podejmuje rękawicy rzuconej przez Riana Johnsona przy okazji „Ostatniego Jedi” – nie redefiniuje i nie dekonstruuje Kina Nowej Przygody. Reżyser J.J. Abrams odcina się od formalistycznej awangardy Johnsona, przez co konkluzja historii jest zachowawcza – podąża szlakiem bezpiecznego „Przebudzenia mocy”. „Zmarli przemówili” – to pierwsza informacja, jakiej dowiadujemy się z seansu. Imperator Palpatine powrócił, a jego flota może zetrzeć w pył całą galaktykę. Mroczne widmo nie jest zagrożeniem wyłącznie dla rozbitego Ruchu oporu, ale przede wszystkim dla najwyższego przywódcy Kylo Rena, który boi się stracić zdobytą niedawno władzę. Historia opiera się na trzech osiach konfliktu. Bardzo ważnym w dziele Abramsa zdaje się być poszukiwanie własnej tożsamości oraz swojego miejsca we wszechświecie. Zarówno dla Rey, jak i Kylo jest to droga wgłąb samych siebie. Te dwa wątki są zdecydowanie najjaśniejszym elementem produkcji, oczywiście obok znakomitych efektów specjalnych.

Zarówno Daisy Ridley, jak i Adam Driver stają na wyżynach sowich umiejętności aktorskich, dekonstruując znane nam dotychczas postaci, prezentując niezwykle satysfakcjonujące zwieńczenie ich wątków. Rey w „Skywalkerze. Odrodzeniu” poznaje swoje prawdziwe dziedzictwo, które wzbudza w niej strach przed samą sobą. Kylo nie rozumie, dlaczego dziewczyna go odrzuciła i nie przeszła za jego namową na ciemną stronę. Zdaje sobie sprawę, że bohaterka jest dla najważniejsza w jego życiu, ale wie również, że dla niego jest już za późno i nie może zawrócić z obranej wcześniej ścieżki. 

g2

Równie dobrze prezentuje się pozostała część obsady. Nazwiska takie jak: John Boyega, Oscar Isaac, Billy Dee Williams, Mark Hamill, Anthony Daniels, Naomi Ackie, Richard E. Grant czy Domhnall Gleeson to prawdziwa ozdoba tej produkcji. Na szczególną uwagę zasługuje jednak Ian McDiarmid, który wciela się w złowieszczego Imperatora Palpatine’a – głównego antagonistę filmu. Jego rola w „Skywalkerze. Odrodzeniu” jest niepokojąca, odpowiednio zniuansowana. Podobał mi się pomysł, jaki twórcy mieli na rozwój tej postaci. Jego plan zaskakuje, będąc chyba najlepszym i faktycznie niespodziewanym zwrotem akcji w całej opowieści. 

g8

Główna historia na papierze prezentuje się znakomicie – wewnętrzna walka bohaterów oraz przebudzone ze śmierci niebezpieczeństwo pozwalają dobrze bawić się podczas seansu i dogłębnie wsiąknąć w to filmowe doświadczenie. Jest to świetny „park rozrywki”, który nie ustrzegł się kilku błędów fabularnych i realizacyjnych. Wiele spośród podejmowanych decyzji zaskakuje, nie są w żaden sposób umotywowane – bolą liczne uproszczenia. Czasem wydaje się wręcz, że niektóre sekwencje są sztucznie skrócone, by zmieścić się w z góry ustalonym metrażu. Jednak w ogólnym rozrachunku są to piękne Gwiezdne Wojny, które równocześnie są nienajlepszym filmem. Ich fenomen nigdy nie zostanie zrozumiany przez tych, którzy nawet choć raz nie zachwycili się wzniosłością tej kosmicznej opowieści. Zgodnie z tym, co powiedział Scorsese: „Gdybym był młodszy, gdybym później wszedł w wiek dojrzały, mógłbym się ekscytować tymi produkcjami i może nawet chciałbym sam takie robić. Ale dorastałem, kiedy dorastałem i rozwinąłem zmysł filmowy – odnośnie tego, czym filmy są i mogą być – tak odległy od uniwersum Marvela, jak odległa jest Ziemia od Alfa Centauri”.

„Gwiezdne Wojny: Skywalker. Odrodzenie” błyszczy najjaśniej, jeśli spojrzymy nań przez pryzmat aspektów technicznych. Szczególnie zachwycają znakomite zdjęcia Dana Mindela, który niejednokrotnie ociera się o stylistykę żywcem wydartą z gotyckich horrorów. W zestawieniu z „porażającymi” efektami specjalnymi (zarówno CGI, jak i praktyczne) całokształt odznacza się niezwykłą wzniosłością, otoczony jest blaskiem na niespotykaną dotąd skalę. Całość spina klimatyczna ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Johna Williamsa. 

g3

„To sequele z nazwy, ale rebooty w duchu. Wszystko w nich jest oficjalnie zatwierdzone, bo nie może być inaczej. Taka jest natura współczesnej franczyzy filmowej: badania rynku, próby z publicznością, weryfikacja, modyfikacja, ponowna weryfikacja i dalsze zmiany, dopóki produkt nie będzie gotowy do konsumpcji” (Martin Scorsese). Przez lata Gwiezdne Wojny obrosły niezdrowym nimbem – toksycznym blaskiem. „Skywalker. Odrodzenie” był skazany na porażkę – nie miał bowiem szans zebrać pozytywnych recenzji. „Przebudzenie mocy” i „Ostatni Jedi” to całkowicie różne filmy, jeśli chodzi o klimat i sposób opowiadania historii. Spolaryzowały publiczność, dlatego każdy oczekiwał od dziewiątej części czegoś innego, ale równie wiele. Ostatecznie nie jest to dobry film, ale moim zdaniem piękne Gwiezdne Wojny. To obraz, podczas którego przypomniałem sobie, jak bardzo kocham tę markę. I chyba właśnie takie powinno być Star Wars. Problemu doszukiwałbym się nie w samej produkcji, która w tym przypadku nie wstydzi się tego, że jest tylko „parkiem rozrywki”, ale w nas samych, którzy nie chcemy przyznać się, że czasem lubimy przejechać się na kolejce górskiej. Wszystko co nam się podoba, nie musi być od razu wiekopomnym dziełem, które odmienia dotychczasowe postrzeganie sztuki.  

Nie oszukujmy się, produkcje spod znaku „Star Wars” nigdy nie były arcydziełami, nie mogły działać autonomicznie w oderwaniu od uniwersum (może poza „Imperium kontratakuje”, które faktycznie w pewnym stopniu zrewolucjonizowało kinematografię). Wydaje się, że czterdziestoletni bagaż historii spowodował, iż tak trudno zadowolić fanów. Może Disney powinien odpuścić i pogrzebać tę markę – lepiej dać spokój? I tak większość będzie niezadowolona – jej wyidealizowane oczekiwania i obraz franczyzy – zawsze będą rozmijały się na niekorzyść obrazu faktycznego. Georg Wilhelm Hegel pisał, że „jeśli teoria nie zgadza się z faktami, to tym gorzej dla faktów”. Może filozof ten miał rację?

Ocena filmu: 7/10nowa gwiazdka

Bartosz Dominik

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s