Lighthouse

„Pytasz kto jest ten więzień? Skazaniec zuchwały, co losu się nie uląkł i męką się trudzi. Na górach łańcuchami przykuty do skały, pokarany przez bogów, męczony przez ludzi, nie wyrzekł się wolności i uparł się przy niej […]” (Kazimierz Wierzyński). Prometeusz stworzył człowieka, lepiąc go z gliny i łez. Tchnął weń duszę – owoc płomieni, które wykradł z rydwanu Heliosa. Stworzona przez niego istota była wątła, słaba, ledwo trzymała się na nogach. Widząc to, tytan wewnątrz łodygi kopru przemycił dlań ogień – jawnie sprzeciwiając się woli Zeusa, który uważał, że żywioł ten jest wyłącznie przywilejem bogów. Za swój śmiały czyn Prometeusz został surowo ukarany – a jego wieczne cierpienie stało się motywem – swoistą inspiracją dla setek twórców i artystów na przestrzeni setek lat. Debiutujący na ekranach polskich kin 29 listopada 2019 roku „Lighthouse” w reżyserii Roberta Eggers’a pełnymi garściami czerpie z wielu toposów kultury antycznej – również z mitu o Prometeuszu. Reinterpretuje znane archetypy i przetwarza je – tworząc zeń zupełnie nową jakość, zaskakując widza świeżością podejścia do dobrze znanych elementów. Czy artystyczna wolność, której reżyser się nie wyrzekł i „uparł się przy niej” wystarczy, by rozpatrywać „Lighthouse”, jako arcydzieło i milowy krok w historii kinematografii? 

W latarnii następuje zmiana warty. Czas ulega wypaczeniu – historia zatacza koło. Dwie postaci odchodzą – ich sylwetki znikają w strugach rzęsistego deszczu. Na ich miejsce pojawiają się kolejni śmiałkowie, którzy swoją pracą rozświetlą morze mroku – czyniąc z nieprzyjaznej wyspy, bezpieczną przystań. Cykl zostaje przerwany – bohaterowie zostają uwięzieni, sztorm uniemożliwia im opuszczenie posterunku. Kolejna zmiana warty nie nadciąga. Ich wewnętrzne demony ożywają – stają się realne. W najnowszym dziele Eggers’a groza kina niemego z początku ubiegłego wieku przeżywa swój renesans. Niepokój przeplata się z czarną komedią – specyficznym klimatem „realizmu magicznego” czy bergmanowską wrażliwością. Surowość produkcji przejawiająca się w klasycznych proporcjach ekranu (4:3), ziarnistości celuloidowej taśmy, monochromatyzmie – nie jest jednak tylko przejawem kinofilskiego zboczenia twórców. Jest to zbiór zabiegów formalnych, które jednoznacznie wpływają na jakość i sposób, w jaki całość postrzegana jest przez odbiorcę. 

TheLighthouse_112

„Lighthouse” jest filmem dwóch aktorów, których role określić można mianem „totalnych”. Zarówno Willem Dafoe, jak również Robert Pattinson stają na wyżynach swoich aktorskich umiejętności – zaskakująco skutecznie łącząc przyziemność, czasem wręcz wulgarność, z poetyczną teatralnością. Uwidocznione w ciele profanum, zderzone jest ze wzniosłością języka – ognistego sacrum, które odróżnia ludzi od zwierząt. Utwór Eggers’a jest wielopłaszczyznową opowieścią kreślącą stosunek bohaterów na wzór relacji ojca z synem czy boga względem jego stworzenia. Ephraim Winslow, grany przez Pattinsona – to człowiek łączący w sobie conajmniej kilka tropów. Przede wszystkim jest Syzyfem, którego w zasadzie nieskończona praca, z każdym kolejnym dniem staje się coraz bardziej bezsensowna. Jest również Prometeuszem, który „obdarowuje ogniem” swojego współpracownika Thomasa Wake’a (Willem Dafoe), będącego dla młodzieńca uosobieniem bóstwa – panem latarni. Jest wreszcie Odyseuszem – postacią tragiczna, która nigdy nie odnajdzie swojej Itaki. 

lighthousethumb-1565722916007

Problemy odizolowania od świata zewnętrznego oraz niemożności wydostania się z wsypy bohaterowie topią w alkoholu, pracy i masturbacji. Czynności te, jak również świadomość tragedii sytuacji, w której się znaleźli, powoli zanurzają ich w odmętach szaleństwa. Czarna komedia zamienia się w skąpany w mroku film grozy, by w ostatnim akcie stać się pastiszem całego bagażu, który utwór ten niósł i reinterpretował przez cały seans. Dzieło się dopełnia – Prometeusz zostaje ukarany, mewy posilają się wnętrznościami wijącego się w konwulsjach mordercy – który pragnął jedynie wolności. 

158224-full_the-lighthouse-is-a-film-about-men-arguing-in-moldy

Nie sposób mowić o „Lighthouse” w zupełnym oderwaniu od aspektów audiowizualnych, które  całości nadają specyficznej formy. Na szczególną uwagę zasługują zdjęcia autorstwa Jarina Blaschke’a. Reżyser zdjęć nie spieszy się – poszczególne kadry są wyczekane, powoli budują napięcie, poczucie grozy i zaszczucia. Monochrom jeszcze bardziej podkreśla charakter produkcji, która jest przypowieścią – historią o nas samych. Może „Latarnia” przeraża nas tak bardzo, bo jest lustrem ukazującym nasze grzechy i przywary? Światło uwidacznia cienie, które nas definiują – pokazuje, że w momentach skrajnych objawia się nasze prawdziwe – czasem podłe – oblicze. Całość potęguje niepokojąco-drażniąca ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Marka Korvena. Cykliczny, przeraźliwy hałas podbija uczucie zaszczucia i beznadziei do swoistego ekstremum. 

p17207584_i_h10_aa

Robert Eggers w jednym z wywiadów podkreślił, że „nic dobrego nie wyjdzie z sytuacji, kiedy zamkniemy dwóch facetów w wielkim fallusie”. Wypowiedź ta, chyba najlepiej pokazuje czym arthouse’owy „Lighthouse” jest w istocie. W zasadzie to postkonceptualny manifest i udana próba  formalnej rekonstrukcji znanych motywów i tropów. Austriacki filozof Karl Popper napisał, że „nauka musi zaczynać się od mitów – i od ich krytyki”. Eggers na krytyce kończy…

Ocena filmu: 10/10nowa gwiazdka

Bartosz Dominik

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s