Zabawa w pochowanego

Czarna komedia, jako gatunek, od lat przeżywa szereg trudności. Z roku na rok, filmy tego typu coraz silniej wypierane są z powszechnej świadomości widza. Mimo to, na ekranach kin okazyjnie debiutuje dzieło, które odwołuje się do tej lekko zapomnianej stylistyki. Często po tę konwencję sięga w swoich produkcjach Tim Burton, a ostatnim dziełem tego typu były tegoroczne “Truposze nie umierają” Jima Jarmuscha. Nie są to jednak utwory, które doprowadziłyby do odnowy i wskrzeszenia gatunku, który niegdyś stanowił istotną część przemysłu filmowego. Współczesne obrazy czerpią jedynie makabryczno-komiczne motywy oraz z rozrzewnieniem zwracają głowę w kierunku kina, które najpewniej już nigdy nie powróci. Dlatego też sporym zaskoczeniem była dla mnie premiera filmu żywcem wyrwanego z lat 90. XX wieku. Czy „Zabawa w pochowanego” Matta Bettinelli-Olpina i Tylera Gilletta jest udanym powrotem do przeszłości i czy może stanowić podatny grunt dla ewentualnego renesansu czarnych komedii? 

Fabuła bez wątpienia stanowi najmocniejszy element produkcji. Grace wżenia się w bogatą rodzinę, która przykłada dużą wagę do tradycji. Dlatego też, dziewczyna musi przejść inicjację, po której oficjalnie zostanie włączona do szacownego rodu. Tradycja wymaga by dziewczyna zagrała w grę, którą wylosuje dla niej tajemnicza skrzynka. Wśród setek możliwości, znajduje się tylko jedna feralna opcja – zabawa w chowanego, która jak możemy się spodziewać, przypada dziewczynie w udziale. Zasady gry różnią się od tych, które każdy z nas zna – rodzina musi odszukać dziewczynę i… zabić ją przed świtem. W innym przypadku wszyscy członkowie rodu zginą w niewyjaśnionych okolicznościach. Tak przynajmniej myślą przedstawiciele rodziny. 

Reżyserom udaje się połączyć motywy znane z czarnych komedii z elementami kina gore. Skrupulatnie prowadzą widza przez historię, w odpowiednich momentach wzbudzając u niego przerażenie i obrzydzenie, by w innych wywołać salwy śmiechu. Jest to olbrzymie wyzwanie – by w produkcji tego typu twórcy osiągali dokładnie takie reakcje, jakich oczekiwali na etapie produkcyjnym. W „Zabawie w pochowanego” od początku czujemy ciężki klimat, który co chwila rozładowywany jest zaskakującymi zbiegami okoliczności. 

Ready-or-Not-2019

Odpowiedni nastrój w udany sposób potęgowany jest przez niezwykle dopracowane aspekty audio-wizualne. Na szczególną uwagę zasługują zdjęcia autorstwa Bretta Jutkiewicza. Dobór schematu kolorystycznego opierającego się na barwach dopełniających się (niebieski i żółty) powoduje, że na produkcję patrzy się z niezwykłą przyjemnością. Dzięki odpowiedniej tonacji oraz doborowi lokacji, szybko zanurzamy się immersyjnie w ten, działający na absurdalnych zasadach, świat przedstawiony. Autor zdjęć oraganicznie przechodzi od spokojnych i powolnych ujęć, do zdecydowanie bardziej dynamicznych sekwencji – co pozytywnie rezonuje w kontekście całości. Rozczarowują jedynie przejazdy (tzw. panoramy), które mają w tej produkcji wyjątkowy problem z płynnością. Szczególnie razi długie ujęcie otwierające – przejazd, który nieustannie traci i odzyskuje rytm. W klimat zdjęć dobrze wpisuje się ścieżka dźwiękowa, która podbija specyficzny klimat filmu. Kompozytorowi Brianowi Tylerowi udało się skontrastować niepokojące ambienty z klasycznymi szlagierami, takimi jak na przykład „Love Me Tender” Elvisa Presley’a. Dzięki temu – film zyskuje niespotykany od dawna w kinie klimat – który stanowi niekwestionowaną wartość dodaną dla całej produkcji. 

Jedyne, z czym podczas seansu miałem pewien problem, to dość nierówne aktorstwo. Nie chodzi mi o grę, ponieważ cała obsada stara się jak może, żeby zaistnieć na ekranie. Uważam jednak, że niektóre role zostały przez to przeszarżowane. Mam problem przede wszystkim z Samarą Weaving – piękną Grace, której rola w pewnym momencie sprowadza się wyłącznie do wydzierania się na lewo i prawo. Rozumiem, że jest to nawiązanie do klasycznych slasherów, w których to kobiety na ogół pełniły wyłącznie taką rolę, jednak coś, co bawi jedynie pięć minut, nie może stanowić osi dla całej produkcji. Zabieg ten był po prostu męczący. Postacie w filmie są przerysowane w skrajny sposób – ród Le Domasów jest taką współczesną rodziną Addamsów. I jeśli to kupujemy, to podczas seansu będziemy bawić się znakomicie. Jeśli nie, to projekcja stanie się prawdziwą udręką. W kontekście dobrych kreacji warto wspomnieć o: Adamie Brody’m, Marku O’Brienie, Henrym Czerny czy znakomitej Nicky Guadagni – wcielającej się w najbardziej odklejoną od rzeczywistości postać – Ciocię Helenę. Dzięki aktorom film trzymany jest w ryzach i nie rozpada się pod naporem szalonych zwrotów akcji, które zaczynają się pojawiać hurtowo  zwłaszcza w trzecim akcie. 

ready-or-not-5dd80c93b3fb1

Końcówka roku staje się wyjątkowo miłą odmianą, po dość przeciętnym pierwszym kwartale i nijakim okresie wakacyjnym. „Joker”, „Ból i blask”, „Parasite” – to dzieła wybitne, które debiutowały na ekranach kin w niebezpiecznie krótkich odstępach czasowych. „Zabawa w pochowanego” podtrzymuje ten trend. Nie jest to kino wybitne, jednak z pewnością jest jedną z najlepszych produkcji tego roku – zwłaszcza jeśli szukamy dobrej czarnej komedii. Duetowi reżyserskiemu – Mattowi Bettinelli-Olpinowi i Tylerowi Gillett – udało się stworzyć bardzo ciekawy konglomerat rasowego slashera z trochę zapomnianą już makabreską. Polecam!

7/10nowa gwiazdka

Bartosz Dominik

 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s