Upiorne opowieści po zmroku

Alvin Schwartz – amerykański dziennikarz i pisarz, który najbardziej znany jest z makabrycznego cyklu opowiadań dla młodzieży. Wrażenie potęgowały przerażająco-naturalistyczne ryciny autorstwa Stephena Gammella. W latach 1990-1999 były to pozycje, które najczęściej próbowano wycofać z publicznych bibliotek w Stanach Zjednoczonych. Tańczące kości, szaleńcy z nożami czy chodzące zwłoki to tylko przykłady pokazujące to, z jak „mrożącymi krew w żyłach” opowieściami miano ówcześnie do czynienia. Nie dziwi więc, że wśród młodych odbiorców publikacje te cieszyły się ogromną popularnością, z czasem zyskując status kultowych. Cykl przykuł uwagę – Guillermo del Toro – jednego z najwybitniejszych współczesnych filmowców, który uczynił zeń podstawę dla szczególnie oczekiwanej premiery kinowej tego lata. Czy mające swoją premierę 9 sierpnia 2019 roku – „Upiorne opowieści o zmroku” w reżyserii André Øvredala (znakomita „Autopsja Jane Doe” czy „Łowca trolli”) spełniają pokładane w nich nadzieje?

Produkcja jest luźną adaptacją opowieści, które stanowią jedynie punkt wyjścia dla struktury fabularnej. Miejska legenda głosi, że dręczona przez rodzinę Sarah Bellows w swojej książce zawarła zbiór przerażających historii. Każdy kto usłyszał choć jedną z nich przepadał bez śladu. Po wielu latach od rzekomych zaginięć, grupa przyjaciół odnajduje rękopis i budzi do życia opisane w nim upiory. Na pierwszy rzut oka najnowszy obraz Øvredala przywodzi skojarzenia ze znakomitym „To” wyreżyserowanym przez Andresa Muschiettiego oraz niezwykle popularnym serialem – „Stranger Things”. I w gruncie rzeczy są to porównania uzasadnione. Problem w tym, że na tle wspomnianych dzieł, „Upiorne opowieści…” wypadają zaskakująco słabo. 

u2 23.51.43

Przede wszystkim rozczarowuje scenariusz, który nie jest w stanie zaoferować widzowi ani jednej interesującej postaci. Z tego powodu nie jesteśmy w stanie w pełni zanurzyć się w świat przedstawiony i z zaangażowaniem śledzić niejednokrotnie dramatycznych losów poszczególnych protagonistów. Nie będzie dużym spoilerem, jeśli zdradzę, że nie dla każdego bohatera tej historii przewidziany jest „happy end”. W gruncie rzeczy pomysł ten „na papierze” prezentuje się znakomicie, ponieważ jesteśmy nieustannie zaskakiwani nie będąc pewnymi, jak potoczą się dalsze losy poszczególnych postaci. I zabieg ten działa tak długo, dopóki nie zdamy sobie sprawy z tego, że w zasadzie przyszłość nikogo ze stawki nas nie obchodzi. 

Problem stanowi nadawanie postaciom głębi. W założeniu tej książki się nie czyta, bo to „ona czyta Ciebie”. Dlatego też, potwory nawiedzające poszczególne dzieciaki są odzwierciedleniem ich najgorszych koszmarów. Szkoda tylko, że nie wiemy czego one się boją – nikt nam tego nie pokazał – nie zaznaczył w odpowiedni sposób. Zamiast skrupulatnej budowy mamy dosłowne ekspozycje, w których to jedna bohaterka mówi, że w zasadzie nie lubi pająków, a drugi koleżka po namyśle stwierdza, że on kiedyś na obozie słyszał przerażającą opowiastkę o rozczłonkowanym zombiaku i… ku zaskoczeniu widowni dziewczynie zaczynią chmarami wychodzić pająki z pryszcza, a chłopaka goni połamany jegomość w kawałkach. 

u1

To, co jest całkowicie zaprzepaszczone w aspekcie treściowym, bardzo skutecznie stara się ratować warstwa realizacyjna. „Upiorne opowieści po zmroku” są jednym z najbardziej klimatycznych filmów tego roku. Starannie doświetlone oraz perfekcyjnie skomponowane zdjęcia Romana Osina – powodują, że seans skutecznie trzyma w napięciu, a czasem potrafi porządnie przestraszyć i obrzydzić – co jest zaskakujące w momencie, gdy zdamy sobie sprawę, że mamy do czynienia z produkcją skierowaną do młodszej części widowni. Bardzo podobały mi się również projekty zjaw i demonów, które w większości przypadków są kreatywną próbą reinterpretacji oryginalnych rysunków Gammella. Cieszy użycie praktycznych efektów specjalnych, co w erze dominacji komputerowego CGI – jest aspektem nie tylko wartym uwagi i odnotowania, ale wręcz stanowi wartość dodaną dzieła. Całość dopełnia, potęgująca uczucie zaszczucia, ścieżka dzwiękowa skomponowana przez Marco Beltramiego. Ambientowe utwory bardzo sprytnie przeplatają się z wręcz hałaśliwymi i jednostajnymi dźwiękami, które zwiastują nieuchronne. 

Aktorzy starają się jak mogą, żeby tchnąć życie w te drętwe emanacje bohaterów, którzy w założeniach mieli być postaciami „z krwi i kości”. Zwarzywszy na nierówny czas antenowy – poziom tych prób jest różny, większość protagonistów nie zapadnie długo w pamięci. Chlubnymi wyjątkami jest duet grany przez Zoe Margaret Colletti oraz Michaela Garza’e, którzy jedyni budzą sympatię w tym smutnym świecie złego scenopisarstwa. 

Podsumowując, „Upiorne opowieści po zmroku” są sporym rozczarowaniem – zwłaszcza jeśli jest to produkcja szumnie reklamowana nazwiskiem Guillerma del Toro, który jest tutaj w zasadzie wyłącznie producentem i jednym ze współautorów scenariusza. Patrząc na efekt końcowy śmiem stwierdzić, że jego rola sprowadziła się jedynie do tego, że rzucił pomysł – bo fajnie jest nakręcić makabryczną historyjkę dla nastolatków. Obraz broni się pod względem aspektów audio-wizualnych, stanowi również całkiem przyjemną rozrywkę – muszę oddać sprawiedliwość i powiedzieć, że pomijając błędy – jest to intrygujący popcorniak, który nie pozwala się nudzić podczas seansu. Warto jednak pamiętać, że jest wiele filmów lepszych, które znacznie oryginalniej podchodzą do tego samego tematu.

6/10nowa gwiazdka

Bartosz Dominik 

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s