Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw

Po olbrzymim sukcesie, jaki odniosła marka „Szybcy i wściekli”, jedynie kwestią czasu było, by jej twórcy rozpoczęli konsekwentną rozbudowę tego filmowego uniwersum, która spotęguje wpływy z międzynarodowego box office’u (pojęcie, które w przemyśle filmowym drobiazgowo określa liczbę widzów lub, przede wszystkim, przychód ze sprzedaży biletów za dany film). Warto przypomnieć, że ostatnia część franczyzy do tej pory zarobiła na całym świecie prawie miliard trzysta milionów dolarów. W obecnym momencie zyski na tym poziomie, oprócz cyklu traktującego o kierowcach szalonych i wściekłych, osiągają jedynie marki Disneya (Gwiezdne Wojny, Marvel itp.) oraz dźwigana na barkach Toma Cruise’a seria „Mission Impossible”. Kolejnym etapem rozszerzania popularnej serii filmowej jest rozwijanie wątków pobocznych i historii, które do tej pory stanowiły jedynie tło dla głównej  opowieści. Dobrze poprowadzony spin-off, na ogół nie tylko pozytywnie wpływa na popularność podstawowej serii, ale niejednokrotnie przewyższa ją pod względem sukcesu komercyjnego i artystycznego. Czy „ Hobbs i Shaw” – pierwsza próba rozwijająca uniwersum „Szybkich i wściekłych” – mająca swoją polską premierę 2 sierpnia 2019 roku, jest chlubnym poparciem tej tezy i prawdziwym przykładem na to, że „produkt uboczny” przewyższa pod każdym względem pierwotne dzieło?

Twórcy „Szybkich i wściekłych” przez lata konsekwentnie poszerzali rzeszę odbiorców cyklu – przechodząc płynnie z tematyki dot. nielegalnych wyścigów ulicznych do dużo bardziej interesujących, dla szerokiej publiki, wątków – takich jak na przykład rodzina. Bardzo szybko okazało się, że najjaśniejszym punktem cyklu nie są niebezpieczne i szybkie samochody, a prowadzący je bohaterowie, których kochają widzowie i, których losy chętnie śledzą na dużym ekranie. Dowodem na to była część siódma, która wygenerowała rekordowy przychód oscylujący w granicach półtorej miliarda dolarów. To właśnie w tej odsłonie po raz ostani zobaczyć mogliśmy tragicznie zmarłego Paula Walkera – wcielającego się w Briana O’Connera – protagonistę, który towarzyszył serii od pierwszej część tego filmowego widowiska. Ludzie tłumnie przychodzili do kin, często kilkukrotnie, by oddać hołd aktorowi i na swój sposób się z nim pożegnać. 

h4

Skoro filmowa „rodzina” jest dla widzów najważniejsza, słuszną decyzją było jej stopniowe poszerzanie z każdą kolejną częścią. Coraz większa pula charyzmatycznych postaci – przyciągała do kin coraz liczniejszą widownię, a postaci grane przez Dwayne’a Johnsona i Jasona Stathama powoli wychodziły na pierwszy plan, wypełniając lukę po zmarłym Walkerze oraz stanowiąc powiew świeżości względem Vina Diesela, który z serią związany był od początku. Dlatego też, w pierwszym spin-offie serii, postanowiono zestawić tych dwóch, obdarzonych absurdalnymi pokładami testosteronu, samców, postawić przed nimi jakiekolwiek (najlepiej najbardziej irracjonalne) zadanie i zobaczyć co się stanie. Tak mniej więcej prezentują się „Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw” – film, który posiada szczątkową fabułę, ale w którym prym wiodą postaci. Historia jest jedynie pretekstem do niezobowiązującej przyjemności, jaką są kaskaderskie popisy Johnsona i Stathama oraz absurdalne podnoszenie stawki. Twórcy nie kryją tego, z jak niedorzecznym i nonsensownym filmem przyjdzie się nam mierzyć w kinie – i już w zwiastunie prezentują nam scenę, w której Dwayne „Rock” Johnson, trzymając jedną ręką helikopter, a drugą kilka połączonych ze sobą samochodów, wyłącznie dzięki sile swoich bicepsów nie pozwala spaść im w przepaść. 

Od strony technicznej najnowsze dzieło Davida Leitcha prezentuje światowy poziom. Szczególne dobrze wypadają dynamiczne zdjęcia autorstwa Jonathana Sela. Autor zdjeć postanowił podkreślić wizualnie różnice między dwójką bohaterów. Decyzja ta jeszcze bardziej nadaje całości kolorytu i komicznego charakteru. Sceny, w których na główny plan wysuwa się, grany przez Jasona Stathama, Deckard Shaw utrzymane są w chłodnej palecie barw – dominują odcienie niebieskiego oraz minimalizm w kompozycji kadrów. Scenografia sprowadza się do nowoczesnych/modernistycznych lokacji – przeważają materiały takie jak: szkło i beton. Dla odmiany Luke Hobbs, w którego wcielił się Dwayne Johnson, portretowany jest przy użyciu zdecydowanie cieplejszych odcieni tonalnych. Zastosowane żółcienie są wręcz nienaturalnie przejaskrawione. Hobbs egzystuje w małomiasteczkowych przestrzeniach, dobrze znanych wszystkim miłośnikom amerykańskiego kina. Różnice jeszcze bardziej podkreślane są poprzez ostre zestawienie protagonistów obok siebie. Twórcy często decydują się podzielić ekran i wyeksponować w tym samym momencie dwóch bohaterów, którzy w różny sposób wykonują te same czynności. Równie dobrze wypada niezwykle klimatyczna ścieżka dźwiękowa skomponowana przez Tylera Batesa, będąca sprytną i przemyślaną mieszanką kilku, skrajnych i z pozoru niepasujących do siebie gatunków muzycznych – od muzyki klasycznej po niezobowiązujący i lekki rap. 

h8

Jak już wcześniej wspomniałem, „ Hobbs i Shaw” w głównej mierze opierają się na aktorach i gdyby nie oni oraz ich kunszt, ten cały projekt nie miałby szans powodzenia. O geniuszu najważniejszej dwójki – Jasona Stathama oraz Dwayne’a Johnsona – mógłbym rozpisywać się godzinami. To jak bezpretensjonalne kreacje udało im się stworzyć, świadczy nie tylko o dużej wrażliwości, ale przede wszystkim o dojrzałości artystycznej. Mimo faktu, że całość produkcji utrzymana jest w mocno absurdalnej i przerysowanej konwencji, to przedstawieni w niej bohaterowie są autentyczni i wiarygodni. Humor i luźna konwencja nie zaburzyła świadomości Stathama i Johnsona, których postaci nie są karykaturami, a portretami bohaterów z krwi i kości. Równie dobrze radzi sobie piękna Vanessa Kirby, która zagrała młodszą siostrę Shawa – Hattie. Mam nadzieję, że twórcy wykorzystają drzemiący w aktorce potencjał i charyzmatyczna agentka zostanie włączona do „rodziny” i zobaczymy ją w kolejnych odsłonach głównego cyklu. Warto wspomnieć jeszcze o głównym antagoniście – Brixtonie, którego zagrał brawurowo wybitny Idris Elba. To jak Elba bawi się tym stereotypowym konceptem czarnego charakteru i reinterpretuje go dla swoich potrzeb, jest wręcz powalające. 

Podsumowując, „Szybcy i wściekli: Hobbs i Shaw” spełnia pokładane w nim nadzieje – jest to kino bezkompromisowe, w którym autorzy obnoszą się wszechogarniającym absurdem i niedorzecznościami. Jest to produkcja, której sztampowa historia jest jedynie pretekstem, by na pierwszy plan wysunąć bohaterów – postaci pełne charyzmy i poloru. Warto dać szansę najnowszej produkcji Davida Leitcha, bo mimo tego, że nikt z nas po seansie nie będzie pamiętał fabuły, to bohaterowie zostaną z nami na długo! Polecam! 

8/10 gwiazda 

Bartosz Dominik

Leave a Reply

Fill in your details below or click an icon to log in:

WordPress.com Logo

You are commenting using your WordPress.com account. Log Out /  Change )

Google photo

You are commenting using your Google account. Log Out /  Change )

Twitter picture

You are commenting using your Twitter account. Log Out /  Change )

Facebook photo

You are commenting using your Facebook account. Log Out /  Change )

Connecting to %s